-

betacool

Kraina tuczonych węgorzem świń

makulektura.pl

Makulektura nr 50

 

Kraina tuczonych węgorzem świń

 

Wincenty Jastrzębski, Wspomnienia 1885-1919, PWN, Warszawa 1966

 

Dawno, dawno temu mój tata kupił drewnianą wiosłową łódkę. W letnie popołudnia pakował mnie i moją młodszą siostrę na motocykl marki SHL i jechaliśmy nad jezioro i na naszą łajbę. Na wodzie spędzaliśmy ze 3 godziny, po czym opróżnialiśmy dno łódki ze złowionych w tym dniu płoci, krąpi, wzdręg, okoni, leszczy. Czasami do kilogramów tych „pospolitości” tato dorzucał złowionego węgorza, a czasami dwa węgorze. Potem pakowaliśmy siatki z rybami na SHL-kę i jechaliśmy parę kilometrów - do mojej babci, która mieszkała w pobliskiej wsi. Ona na widok kilku kilogramów ryb do oskrobania, podnosiła krótkotrwały lament, ale zazwyczaj nawet wtedy jej oczy błyszczały radością. Po chwili jej ręce błyszczały rybimi łuskami, a po jeszcze dłuższej chwili, nasze ręce błyszczały olejem usmażonego chrupiącego połowu.

Z tego co pamiętam z naszych wędkarskich łowów cieszyły się także koty, które pojawiały się i krążyły wokół świeżych ryb. Nie pamiętam jednak, by była to okazja do tego, by w jakikolwiek sposób radowały się hodowane przez babcię świnki. Wspominam o tym nie bez przyczyny, bowiem zupełnie inaczej dystrybucję połowów zapamiętał z czasów swojego dzieciństwa Wincenty Jastrzębski. Posłuchajmy jego relacji o młodych latach spędzonych na Podlasiu we wsi Kruki, gdzieś między rzekami Orzycem a Omulwią:

„We wsi Kruki (…) w pewnych okresach połowu węgorza sypak rano przynosił cały worek tej ryby z węgorni (łapka na węgorze na Omulwi). Po rozesłaniu w prezencie po parę sztuk znajomym i zaopatrzeniu swojej spiżarni resztę oddawano świniom, a dalszy połów przerywano i pozwalano węgorzom spływać do Narwi. Nie można było jednak powstrzymać ojca od łowienia ryb – był to jego ulubiony sport. Zdarzało się, że w ciągu niedzieli złowił na wędkę kilkadziesiąt sztuk brzany. Ta ryba jednak, zdaniem matki, nie nadawała się na jej stół, zjadały ją zwierzęta domowe (…).

Powiedziałem wyżej: „jej stół”. Cóż to był za stół? To był taki stół, przy którym prawie co tydzień, a nieraz częściej nasz ksiądz popełniał jeden z siedmiu grzechów głównych i za ten sam grzech musiał „raz do roku około Wielkiej Nocy” udzielać rozgrzeszenia mojemu ojcu. Ich podniebienia tak już zobojętniały na pieczone gęsi, kaczki swojskie i dzikie, indyki, kury i kurczęta, ba hodowano dla nich nawet kapłony, że trzeba było je łechtać, ażeby wywołać cmoknięcie, … młodymi wronami i dla odmiany młodymi wróblami”.

Te młode wrońce wędrowały do zaprawy suto zasypanej jagodami jałowca, a wróbelki piekły się tuzinami. „Upieczone, rumiane chrupiące były podobne do włoskich orzechów włoskich”. Jadło się je wkładając w całości do ust razem z kostkami, a zapijało piwem jałowcowym. Jak widzimy świat biednej podlaskiej wsi wyglądał nieco inaczej niż nasze współczesne o nim wyobrażenia. Można było wtedy być do bólu znudzonym jedzeniem pospolitego drobiu i boczyć się na brzanę na stole. A ja choć wychowałem się w krainie jezior nie przypominam sobie by komukolwiek i kiedykolwiek zaświtał pomysł, by karmić świnie węgorzem. Widocznie całe moje życie dane mi było spędzić w zupełnie innych czasach…

Tu trzeba zaznaczyć, że mały Wincenty pędził początkowe lata życia jako syn młynarza. Była to wiejska arystokracja, której życie wyglądało mniej więcej tak:

„Przy młynie zawsze był kawałek gruntu młyńskiego lub dzierżawionego, a którym młynarka sadziła na potrzeby swego domu kartofle, kapustę, jarzyny i przyprawy. Z młyna brała mąką dla swojej kuchni, otręby dla świń i krów. Rzeka dostarczała najlepszych gatunków ryb. „pomoc domowa” nie stanowiła w owych czasach ani finansowego, ani społecznego problemu. Taki gospodarczy ustrój domu młynarskiego wytwarzał swoisty podział obowiązków materialnych męża i żony w stosunku do ich dzieci i całości materialnego zabezpieczenia rodziny. Mąż tylko ubierał rodzinę, wszystkie inne wydatki musiały być wygospodarowane i pokrywane z gospodarstwa żony”.

Możemy się domyślać, czy życie innych gospodarstw chłopskich na Podlasiu wyglądało podobnie, czy chłopi oddawali się równie wyrafinowanym ekstrawagancjom jak pieczenie młodych wróbli i wron, czy raczej poprzestawali na wrzucaniu na swój stół klasycznego drobiu i wieprzowiny zaprawianej tłuszczem węgorzy. O tym Jastrzębski już nie pisze, ale możemy snuć różne domysły.

Ta sielanka Wincentego skończyła się dość gwałtownie. Jego matka nagle umarła, gdy miał 11 lat. Ojciec Jatrzębskiego przeżył to mocno, popadł w alkoholizm, znalazł sobie inną kobietę i próbował ulokować małego Wincentego w pobliskim dworze. Tu okazało się, że Wincenty miał niepokorną naturę i nie zadowalało go czyszczenie srebrnych łyżek na szlacheckim stole. W dodatku nakrył swego pana dobrodzieja na obściskiwaniu wiejskiej młódki i stwierdził, że to najlepszy moment, by wyrwać się z tego zakłamanego ziemiańskiego świata. Pan dobrodziej w zamian za milczenie w sprawie nie dość zakonspirowanego wyżymania suchej bielizny, zaopatrzył Wincentego w parę rubli na drogę, a ten nie bacząc na swój młody wiek wyruszył do Warszawy. Nasz bohater poznał tam co to głód i poniewierka, ale wolał pracę w zawodzie tokarza niż powrót na biedną podlaską wieś... Początek XX wieku jawi się w jego opowieści jako czasy najmroczniejsze – brak pracy, żarcia i perspektyw. I oto w 1905 wybucha wojna między Rosja a Japonią, która zmieniła wszystko:

„Carat w swoim łupieskim pochodzie na Daleki Wschód natknął się na opór (...). Bezrobocie wygasło, bo rosło zapotrzebowanie na narzędzia mordu. (...) Dojrzewał bunt. Na podstawie przemian, które dokonywały się w umysłach warszawskich robotników 1904 r., można byłoby postawić tezę, że do buntu zdolni są tylko syci, bo w miarę tego, jak zmniejszało się w mieście bezrobocie, wzrastało wśród robotników warszawskich napięcie rewolucyjne”.

Nie wiem jak Wy, ale ja się w sumie dziwię, że w świetle tej teorii na Podlasiu nie wybuchł wśród świń jakiś bunt. Jeszcze bardziej oczywiście dziwi mnie brak buntu pośród podlaskich młynarzy, którzy z pełnymi bebzolami powinni być w stanie nieustannego rewolucyjnego napięcia. Kolejne zdziwienie przychodzi ledwie parę stron później, gdy Wincenty, tak bardzo zbulwersowany rosnącym zapotrzebowaniem na narzędzia mordu, sam i to dobrowolnie do ich produkcji przystąpił. Podczas strajku szkolnego w Łomży pomagał w konstrukcji bomb podkładanych pod drzwi i okna domostw łamistrajków.

Jedną z takich bomb nazywanych przez Wincentego „petardami” nie dość , że sam skonstruował, to jeszcze sam podłożył:

„Pamiętam jeden wieczór szczególnie udany w tej akcji petardowej. Echa tego wieczoru obiły mi się o uszy w Warszawie po 20 latach. (…). Moja puszka była wyjątkowo duża (…). Po przyjściu na miejsce zapaliłem od papierosa lont, położyłem na parapecie okna petardę i zawróciłem do miasta, z którego już dochodziły do moich uszu głuche wybuchy innych petard. Jeszcze parę chwil nasłuchiwania i nastąpił mój wybuch. Po dwudziestu latach w 1925 r. dowiedziałem się od pani X., która w tym czasie już mieszkała w Warszawie i którą poznałem przez jej zięcia, towarzysza partyjnego, że wybuch ten przewrócił w jej mieszkaniu kołyskę, wyrzucił z kołyski niemowlę i jakoby spowodował śmierć dziecka. Nie wyczułem, żeby pani X. miała do mnie wielki żal z tego powodu”.

Jak widzicie Jastrzębski zaliczył ten wieczór do szczególnie udanych, a My możemy jedynie coraz szerzej otwierać oczy i coraz częściej przecierać je ze zdumienia.

Kolejną udaną akcją był pogrzeb kolegi z PPS-u. Tenże młody człowiek pojechał do Ostrołęki z paczką bibuły, w drodze powrotnej postanowił się wraz z kompanami wykąpać w Narwi i tam utonął. Jego pogrzeb zamieniono w manifestację, ku zgorszeniu rodziców próbowano zdjąć trumnę z wozu pogrzebowego, by nieść ją na ramionach i rozwinięto czerwone sztandary. Policja nie interweniowała. Nad grobem ceremonie religijne, trwały wyjątkowo krótko, a gdy nad grobem została sama PPS-owska młodzież, wśród czerwonych sztandarów zaczęły się przemówienia:

„Moje, jeśli dobrze pamiętam, było drugie z kolei. Żegnałem w imieniu proletariatu (…) pierwszą w Łomży ofiarę o niepodległą socjalistyczną Polskę”.

Jeszcze w czasie przemówień wojsko otoczyło cmentarz i odprowadziło ok. 30-40 młodych ludzi do więzienia. Więzienie jak już wiemy, krzywdy za wielkiej nie czyniło, a niewątpliwym zyskiem z odsiadki był szybki awans Jastrzębskiego w PPS-owskich strukturach. Przyznać trzeba, że doceniały go już także inne organizacje.

Otóż w czasach,  gdy łomżyński PPS przygniatała obecność czterech pułków carskiego wojska i nieobecność robotnika fabrycznego, czyli siły napędowej ruchu rewolucyjnego, całkiem dobrze poczynała sobie w tym terenie organizacja żydowska. Przewodniczył jej niejaki Jerzy Tabulnicki, o którym Wincenty wspomina tak:

„Pochodził z bogatej rodziny żydowskiej, zamieszkałej w Białymstoku, stąd właśnie przywiózł do Łomży swój program walki politycznej i ekonomicznej”.

Tabulnicki był zdaniem Jastrzębskiego demagogiem, agitatorem, a na jego program składały się „strajki, terror ekonomiczny i ekspropriacja, jak to nazywał, własności prywatnej – wśród Żydów”. Tabulnicki „opanował furmanów”, którzy wozili jego ludzi bezpłatnie i skutecznie i szybko przekazywali informacje, a ze swej kwatery w Łomży wydawał dyspozycje, gdzie ma być ogłoszony strajk i decydował o ewentualnych ekspedycjach karnych. Na jedną z takich eskapad zabrał ze sobą Jastrzębskiego:

„Kiedy znaleźliśmy się na szosie do Jedwabnego, Tabulnicki opowiedział mi jak doszło do tej wyprawy.

Jego organizacja prowadzi obecnie akcję strajkową w prowincjonalnych miasteczkach na terenie guberni łomżyńskiej. Chodzi o wyciągnięcie z dna nędzy tej licznej rzeszy rzemieślników żydowskich, którzy za psi grosz całymi rodzinami pracują po 16 a nawet 18 godzin na dobę na miejscowych i zamiejscowych kupców-nakładców. To jest ciemna, zahukana masa, której nie interesują i nigdy interesować nie będą żadne problemy państwowo-polityczne. Ale ta masa jest wiecznie głodna. Jedynie na tym głodzie można coś budować. (...) „Ja uczę tych nędzarzy stawiać pierwsze kroki w drodze po chleb”.

- I wyobraźcie sobie towarzyszu – z oburzeniem ciągnął mój rozmówca – kiedy ci nasi nędzarze na moja dyspozycję rozpoczęli w Jedwabnem strajk o podwyżkę zarobków, to reakcja żydowska zrobiła w synagodze zebranie i uchwaliła uśmierzyć bunt swoich niewolników. Cała ta zgraja, uzbrojona w kije, wywaliła z synagogi i rozbiegła się po mieszkaniach strajkujących. Zbito ich do krwi, ich żony i ich dzieci, bo przecież i dzieci pracują na tę zgraję. Wczoraj przyjechało dwóch pobitych do Łomży z prośba o obronę strajkujących. Oto dlaczego jedziemy do Jedwabnego. Mam zamiar miasteczko zająć , nikogo z niego nie wypuścić, zanim sprawa nie zostanie załatwiona, zmusić tych drani do podpisania umowy o podwyżce zarobków, wypłacenia w mojej obecności odszkodowania pobitym i wypłacenia na rzecz naszej organizacji pokaźnej kontrybucji. Ja im pokażę czym jest nasza partia – zakończył”.

Jak powiedział, tak uczynił. Kupcy-nakładcy pod groźbą napadów na ich transporty z towarem, zapłacili bez zbędnego ociągania Tabulnickiemu 1000 rubli. Jak widzimy lektura wspomnień Jastrzębskiego pozwala nam na dokonanie kolejnego niezwykłego odkrycia. Tak bardzo ponoć niepodzielny i solidarny względem siebie naród żydowski, wcale takowym nie był. Biedni Żydzi, byli bezlitośnie wyzyskiwani przez tych bogatszych, a tych bogatszych strzygły ówczesne żydowskie lemingi – czyli ludzie młodzi, zaradni, ambitni pochodzący z dużych miast i z bogatych rodzin. Nie ma co ukrywać, że Jastrzębski musiał się od Tabulnickiego wiele nauczyć, bowiem do samego końca akcji, której się jedynie przyglądał, nie zdawał sobie sprawy po co do tego Jedwabnego przyjechał. Tabulnicki mu to w końcu wyłuszczył:

„…co do was, to wyczekałem, aż zapytają się mnie, po co wy tu przyjechaliście, no i wtenczas powiedziałem im : „To komendant łomżyńskiej bojówki PPS. Przyjechał, żeby przekonać się, czy nie będzie potrzebna tu pomoc jego bojówki?”

- Psiakrew! – zakląłem.

Tabulnicki roześmiał się i rozeszliśmy się”.

***

Wspomnienia Jastrzębskiego kończą się na roku 1919. Siedział wtedy w Piotrogrodzie. Czym się chwalił? Ano tym, że był prekursorem ułożenia planów produkcji, które pod jego czujnym okiem rozrastały się z ledwie kilkunastu rubryk do kilkudziesięciu. Najpierw ułożył plany dotyczące produkcji przemysłu metalowego, potem układał plany reglamentacji węgla potrzebnego do tej produkcji, a potem korygował w dół plany produkcji, z powodu niedoborów węgla i ropy.

Jego stołek wydawał się ciepły i bezpieczny, ale być może Wincenty przeczuwał, że gospodarka planowa może się wkrótce okazać polem minowym.

"Początkowo sądziliśmy, że możemy dobrać grupę zakładów, rozesłać kwestionariusze ankiety z tym, aby je wypełniono i że uzyskany materiał wystarczy do ułożenia planu.(...) Jednak prędko stało sie jasne, że dobrych wyników na tej drodze nie można uzyskać, ponieważ wszystkie zakłady bez różnicy chciały jak najwięcej obiecać, jak najwięcej otrzymać i jak najmniej wykonać...".

Przyznacie chyba, że był to poważny problem, nad krórym trzeba było poważnie pochylić głowę. Niestety w Kraju Rad pochylanie głów zazwyczaj konczyło się nagłym w tę głowę strzałem. Na szczęście z pomocą przyszli Wincentemu, Piłsudski i historia:

„Kiedy tak zastanawiałem się nad tym, co robić dalej, odpowiedzi udzielił mi bieg wydarzeń: lud warszawski rozbroił Niemców, Piłsudski wrócił do stolicy, zaczęła się odbudowa nowej wolnej Polski.

Postanowiłem wracać do kraju”.

I wrócił i pomagał Piłsudskiemu budować niepodległą socjalistyczną Polskę, a później innym towarzyszom budować niepodległy i socjalistyczny PRL.

Jak wiemy, na różnych odcinakach ta budowa szła bardzo różnie. Jedno jest pewne, odkąd Jastrzębski rozsiadł się na dobre w ministerialnych fotelach, odtąd świnie na Podlasiu węgorzy już nie jadły...

***

A tu nie pieczona wrona, nie pieczony wróbel, ale ledwie przepuszczony nad makulekturowym płomykiem prawdziwy biały kruk. Pięćdziesiątą makulekturową pozycję trzeba było jakoś specjalnie uczcić... Polowanie na kruka trwało prawie dwa lata:

https://allegro.pl/wincenty-jastrzebski-wspomnienia-1885-1919-i7700119726.html



tagi: socjalizm  jedwabne   wincenty jastrzebski 

betacool
29 listopada 2018 22:09
32     1413    13 zaloguj sie by polubić
komentarze:
papinka @betacool
29 listopada 2018 23:35

"można byłoby postawić tezę, że do buntu zdolni są tylko syci, bo w miarę tego, jak zmniejszało się w mieście bezrobocie, wzrastało wśród robotników warszawskich napięcie rewolucyjne"

Nie byl chyba zbytnio dociekliwy.

zaloguj się by móc komentować

betacool @papinka 29 listopada 2018 23:35
30 listopada 2018 00:06

Przekonanie ludzi i świnek, że jedzenie węgorzy jest złem świata, które należy odmienić reformą rolną i rewolucją, wymaga obudowania dziwnymi teoriami pewnych teoretycznych niekonsekwencji.

 

zaloguj się by móc komentować

DrWall @betacool
30 listopada 2018 21:16

Takie wspomnienia są bezcenne. To powinno być wznawiane i używane do nauki historii, a nie jakieś opracowania po wielokroć korygowane, systematyzowane i aktualizowane, czyli po prostu dopasowywane do aktualnej koniunktury. No, ale przecież wiemy, że uczelnie nie są od tego, żeby uczyć historii.

zaloguj się by móc komentować

betacool @DrWall 30 listopada 2018 21:16
30 listopada 2018 21:53

Masz rację. Dla mnie cała ta seria (bo wspomnienia chłopców z PPS-owskiej ferajny to mniej więcej 10 tomowa wydana w PRL-u seria) to był poznawczy szok. 

Mamy powlewane do głów alchemiczne mikstury, zlewki pierdół,  które się nawet nie otarły o realny świat.

zaloguj się by móc komentować

saturn-9 @betacool
30 listopada 2018 22:45

Przez te opisy obżarstwa prześwieca fałsz. Czy ktoś już się spotkał z opisami młodych wron i młodych wróbli  jako rarytas na stole?

To trąci czarną legendą kultywowaną wśród kreatorów postępu.

1966 rok wydania to jest już jakiś namiar. Ciekawy jestem jak się nazywał lektor/lektorka czy też osób kilka, które projekt pilotowały? Niby nic ale styl książki, w zapodanych fragmentach, nierówny. Gładzono, gładzono i zagłodzono. A kostki ptaszków jak orzechy w zębach chrupią.

Są oczywiście kwiatuszki: "... całymi rodzinami pracują po 16 a nawet 18 godzin na dobę ..." Nie odczytywałbym tego dosłownie. To korektorzy swoje piżmo zostawiali.

Sądziłem dotychczas, że rozedrgane było wydawnictwo Książka i Wiedza. PWN też  kultywował adoracje cyfr.

zaloguj się by móc komentować

betacool @betacool
30 listopada 2018 23:02

Saturn jak wiesz coś więcej o 1966 to wal i to szczerze. To mój rocznik.

zaloguj się by móc komentować

saturn-9 @betacool 30 listopada 2018 23:02
1 grudnia 2018 07:40

Jak przystało na protezy to rocznik '66 jest bardzo szacowny. W obecnym nam jeszcze roku rozpamiętywano rocznik '68. Co się wydarzyło? Liczni pracownicy różnych kantorków literackich i innych poważnych przybudówek państwowych zmienili miejsce stałego zamieszkania.

Wróble zostały. Wrony odleciały. Wracając do notki kręce się jak piskorz.

Każda książka w tamte czasy to nie był akt nacisnięcia klawisza w klawiaturze i finał jako BoD. Przechodzenie manuskryptu przez wiele rąk. Zatwierdzenie do druku, oddanie do druku, druk. Nie mamy manuskryptu wyjściowego ale oprawiony w dwie okładki produkt końcowy pod nazwą "Wspomnienia" etc.

Możemy podejść w analizie zawartości z nabożną czcią do każdego zdania i stwierdzać: "Tak było". Lub pobawić się w krytyczną analizę przekazu z dawnych czasów i wykazywać miejsca słabe i wątpliwe co do zawartości faktograficznej.

Nie zamierzałem sobie zepsuć wieczoru ale jak przeczytałem, że biedota żydowska pracowała "nawet 18 godzin" na krwiopijców żydowskich to się ruszyłem i pokracznego kruka w klawisze wklepałem.

zaloguj się by móc komentować

betacool @saturn-9 1 grudnia 2018 07:40
1 grudnia 2018 10:52

Gdybyś spojrzał na biogram WJ i poczytał jakie stanowiska zajmował w PRL-u, to zdałbyś sobie sprawę, że byle redaktorzyna 1966 razy by się zastanowiła, zanim zasugerowałby  mu jakąkolwiek zmianę w tekście.

Urywek o śmierci dziecka zabitego w wyniku petardy świadczy chyba o tym najlepiej.

Domyślam się bowiem, że redaktor zaproponowałby chyba śmierć rosyjskiego stójkowego, albo przynajmniej łamistrajka...

Jeśli chodzi o opis diety na ówczesnej podlaskiej wsi i ilość godzin pracy u "żydowskich  krwiopijców" to oczywiście chętnie się podzielę informacjami, jeśli te wątki w innych wspomnieniach odnajdę. Zachęcam do tego samego.

Ps. Czasami odnoszę wrażenie, że z kuponu lotka mógłbyś odczytać historię świata i też się czasami zastanawiam nad wiarygodnością takich transpozycji.

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @betacool
1 grudnia 2018 16:56

Dziękuję za kolejną pouczjącą lekturę.

A na marginesie.

Pieczone dzikie ptaszyska to nic nadzwyczajnego. Z dawniejszych czasów mamy ich szczątki w archeologicznych znaleziskach (śmietnikach) i to nie tylko tych dworskich. Może się mylę, ale zakaz polowań dotyczył, z ptaków, chyba tylko łąbędzia (nie jestem pewien, a więc sprawdzę).

Natrafiłem kiedyś na farncuski, amatorski filmik o przygotowaniu ortolana w pieczonym ziemniaku. Nie potrafię go teraz odnaleźć, ale filmik był w rodzju okrasa/pascal/makłowicz tyle, że kucharz się nie pokazywał, wszak ptak chroniony. Nie to jest ważne. Ważne to, że przepis był historyczny z XVIII lub XIX wieku. Metoda barbarzyńska, polegała na przetrzymywaniu ptaka w pudełku i tuczeniu ile się da. Potem zabicie i  opalenie z piór. I tym  roztytym maluchem wypychano duży ziemniak, który pieczono. Dużo nakładu pracy, a kaloryczność chyba niewielka. Tylko z tej przyczyny myślę, że przepis chyba dworski, a nie chłopski, ale pewności nie mam.

Te pieczone wrony, wróble i inne coraz bardziej mnie przekonują, że ptaki maja się obecnie bardzo dobrze.    

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @Greenwatcher 1 grudnia 2018 16:56
2 grudnia 2018 00:50

Pieśń pieczonego na rożnie łabędzia. Carmina Burana. Kontratenor.

https://www.youtube.com/watch?v=tbUcf_AlGrY

"Niegdyś po stawie pływałem..."

Relacja z Helu, z lat 80-tych i 90-tych: gdy zdarzyło się, że łabędzie na Zatoce przymarzały do lodu, na drugi dzień na tym lodzie stały tylko odcięte łapy... 

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @betacool
2 grudnia 2018 00:52

"... odkąd Jastrzębski rozsiadł się na dobre w ministerialnych fotelach, odtąd świnie na Podlasiu węgorzy już nie jadły..."

Samo sedno Jastrzębskich. 

zaloguj się by móc komentować

tomciob @saturn-9 1 grudnia 2018 07:40
2 grudnia 2018 11:44

Ale mamy taki fragment notki, cytuję:

"Możemy się domyślać, czy życie innych gospodarstw chłopskich na Podlasiu wyglądało podobnie, czy chłopi oddawali się równie wyrafinowanym ekstrawagancjom jak pieczenie młodych wróbli i wron, czy raczej poprzestawali na wrzucaniu na swój stół klasycznego drobiu i wieprzowiny zaprawianej tłuszczem węgorzy. O tym Jastrzębski już nie pisze, ale możemy snuć różne domysły".

Który wyraźnie pokazuje dystans autora notki do tych wspomnień. Młynarz to była na wsi elita i to najbogatsza, a wątek śmierci matki, alkoholizmu ojca i związanych z tym dalszych kolei losu bohatera wspomnień wydaje się być całkiem realistyczny. Sumując warto, moim zdaniem,  pochylić się nad tą lekturą ale będąc świadomym (krytycznym/wątpiącym) czytelnikiem.

zaloguj się by móc komentować

betacool @Greenwatcher 1 grudnia 2018 16:56
2 grudnia 2018 12:50

Mi coś z kolei świta, że kulinarne kłusownictwo drobnych ptaków to domena Włochów i wynika historycznie raczej z biedy niż z ekstrawagancji.

zaloguj się by móc komentować

betacool @KOSSOBOR 2 grudnia 2018 00:50
2 grudnia 2018 13:01

Pamiętam te artykuły, bo mieszkałem wtedy w Gdańsku i sprawa była dość głośna.

Ale jako student, że studenckiej stołówki drobiu w ogóle nie pamiętam. Niedzielny obiad u mojej cioci z kurczakiem na drugie danie, to było naprawdę coś.

Może czasy zmieniły się na tyle, że z jedzenie ptactwa wynikające z kulinarnego kaprysu, zmieniło się na czasy pozbawione wszelkich kaprysów,  by nie rzec skrupułów.

zaloguj się by móc komentować

betacool @tomciob 2 grudnia 2018 11:44
2 grudnia 2018 13:19

Ująłbym to tak - opisywanie za komuny, czasów przedrewolucyjnych, jako czasów, gdy świnie tuczyło się węgorzem wygląda na absolutną szczerość i brak reakcji redaktorów.

Bo jakże to  - towar w komunie luksusowy, miałby wypełniać świńskie koryta?

We wspomnieniach jest też ciekawy fragment o działaczu ruchu separatystycznego na Syberii, który agituje za uniezależnieniem się od kolonizacji przez Rosję. To są lata poprzedzające wybuch rewolucji w 1917.

Jastrzębski stwierdza, że ruch nie ma na rozwój żadnych szans, bo ludzie żyją porozrzucani na wielkich przestrzeniach, w za małym zagęszczeniu, są zupełnie niezależni, przedsiębiorczy, zapobiegliwi i powodzi im się w sumie całkiem dobrze...

I taki jest schemat działania rewolucji. Trzeba ludzi zagęścić, na wszelkie sposoby uzależnić, odciąć od źródeł niezależności (produkcja żywności) i dopiero w takich miejscach można zacząć agitację.

 

 

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @betacool 2 grudnia 2018 13:19
2 grudnia 2018 14:06

" I taki jest schemat działania rewolucji. Trzeba ludzi zagęścić, na wszelkie sposoby uzależnić, odciąć od źródeł niezależności (produkcja żywności) i dopiero w takich miejscach można zacząć agitację."

Kapitalizm(zagęszczenie i oderwanie od naturalnego środowiska) i socjalizm(jeszcze większe obniżenie kosztów pracy), dwie strony jednego medalu.

zaloguj się by móc komentować

betacool @Kuldahrus 2 grudnia 2018 14:06
2 grudnia 2018 14:35

Dokładnie. Dlatego klasztor to kwintesencja kontrrewolucji. Wieś zbudowana wokół kościoła także.

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @betacool 2 grudnia 2018 13:01
2 grudnia 2018 18:52

Bo rządzą Jastrzębscy. To jest ta "zmiana czasów". 

Tak, kurczak na obiad to było święto. Doskonale to pamiętam.

zaloguj się by móc komentować

chlor @KOSSOBOR 2 grudnia 2018 18:52
2 grudnia 2018 19:56

Teraz można sobie kupić dowolnego ptaka w folii, a i tak po pieczeniu powstaje szarobiała masa bez smaku. Chyba ze 20 lat temu kupiłem ostatniego prawdziwego indyka. Mięcho pyszne, ciemne, czerwonawe..

zaloguj się by móc komentować

betacool @chlor 2 grudnia 2018 19:56
2 grudnia 2018 20:30

Młode wronki dla odmiany?

zaloguj się by móc komentować


betacool @papinka 3 grudnia 2018 05:29
3 grudnia 2018 19:34

Teraz już wiem, skąd wcześniejsze przeczucie, że aspirowanie do takich jedzenia takich potraw jest mi zupełnie obce.

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @betacool 2 grudnia 2018 20:30
3 grudnia 2018 22:17

Polowania na małe ptaszki to oczywiście Włochy i Francja. Ale i martwe natury flamandzkie obfitują w takie nieżywe ptaszki. W Polszcze było przysłowie: szpakami karmiony. Tyczyło bodaj sprytu, inteligencji. Więc skąds musiało się takie przysłowie wziąć. 

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @papinka 3 grudnia 2018 05:29
3 grudnia 2018 22:56

Dziękuję. Paskudztwo. Ja oglądałem cały cykl kuchenny, jeszcze gorszy niż ta perwersja. 

zaloguj się by móc komentować

papinka @KOSSOBOR 3 grudnia 2018 22:17
4 grudnia 2018 02:24

Axel Munthe w swoim bestselerze "Lata na St. Michele" duzo poswieca miejsca polowaniom na wedrujace ptaszki nad Capri i wyobraza sobie bycie ich obronca i widzi siebie na Sadzie Ostatecznym gdzie Sw. Franciszek z Asyzu ujmuje sie za nim.

zaloguj się by móc komentować

saturn-9 @KOSSOBOR 3 grudnia 2018 22:17
4 grudnia 2018 22:20

W Polszcze było przysłowie: szpakami karmiony. Tyczyło bodaj sprytu, inteligencji. 

Skoro o szpakach, to namiar na, jak sądzę, źródło tego zwrotu. Odnosi się do starego francuzkiego określenia « roupie de sansonnet ». "Sansonnet" to szpak a "roupie" to tyle co swojski "gil " ale nie ptak a ten z nosa. W kontekście tego sprytu to może jednak chodzi o wydłubywany z nosa.

Niemniej polowania na szpaki, do konsumcji pasztetu « grive mordorée »  mają i miały miejsce we Francji.

O konsumowanych 'wronach i wróblach' nic w sieci.

[ De la roupie de sansonnet est une expression populaire française qui signifie « une valeur négligeable » (...)  C'est probablement par amalgame que l'expression en est arrivée à faire passer "goutte au nez" au nom d'oiseau "sansonnet" et aboutir à "Roupie de sansonnet", pour signifier que la chose désignée ne vaut rien ou n'est pas d'une valeur signifiante.]

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @betacool
6 grudnia 2018 22:29

Powiedzmy, czerwony kruk. Tak czy inaczej przyprawiony i obrobiony termicznie, palce lizać.

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @KOSSOBOR 3 grudnia 2018 22:17
7 grudnia 2018 12:09

Wywodzi się ta tradycja z fal głodu, jaki regularnie nawiedzały te kraje. Ludność nauczyła się przyrządzać do jedzenia - wszystko. Teraz nazywa się to "wyrafinowana kuchnia". 
PS. Kiedyś w czasie winobrania w rejonie Bordeaux obudziły nas w sobotę o poranku dziwne dźwięki gdzieś w polu: puk, puk. My do okien a z krzaków wyłazi jakiś facet w okularach jako dno od butelki odziany w strój "myśliwski" z taką ilością kieszeni, że komandosi by się nie powstydzili. Wyglądał na jakiegoś bankowca średniego szczebla. I ten półślepy nielot szedł ze strzelbą. Potem nam powiedziano, że właśnie jest sezon na ptaszki.  A to jakiś "aspirujący do wyższych sfer".

zaloguj się by móc komentować

betacool @pink-panther 7 grudnia 2018 12:09
7 grudnia 2018 12:18

Tacy z kiepskim wzrokiem to ponoć inne zmysły mają wyostrzone. Może strzelał na słuch, znajdował na węch i dotyk, a potem to już tylko delektacja wyostrzonym smakiem.

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @papinka 4 grudnia 2018 02:24
7 grudnia 2018 12:22

"Księga z St. Michele". Pamietam o tych ptaszkach. Ot, kaprys pięknoducha.

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @pink-panther 7 grudnia 2018 12:09
7 grudnia 2018 12:32

Muszę opowiedzieć o tym kocicy mojej sąsiadki: pani Małgosia w swoim ogrodzie karmi zawzięcie ptaszki /wory słonecznika/, a jedna kocica spokojnie czeka w krzakach pobliskich na konsumpcję gotowych, nadziewanych sikorek. A przeciez pani Małgosia karmi kocicę jak najbardziej! No więc kocica najwyraźniej aspiruje :)

zaloguj się by móc komentować

Paris @pink-panther 7 grudnia 2018 12:09
7 grudnia 2018 17:57

O tak...

... to jest bardzo, ale to baaardzo wyrafinowana kuchnia francuska... zupa-krem z mlodej pokrzywy... z lisci rzodkiewki... salatka z mleczu polnego, czyli mniszka lekarskiego... albo  topinambur, czyli kanadyjskie sloneczniki zamiast ziemniakow, ktory ponoc w czasie wojny zarastal jak perz Bretanie i Normandie... co druga francuska madame pytala mnie czy znam te "potrawy"... wyrazalam swoje szczere zdziwienie i odpowiadalam, ze takie "potrawy" to u nas w Polsce jadly tylko kroliki i kury, ale nie ludzie... madamy byly czesto, rownie szczerze zbite z pantalyku o swojej wyzszosci nade mna...

... ale nie powiem... zupa-krem z pokrzywki, czy topinambur, czy karczochy, szparagi  bardzo mi smakuja i to od dawna.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować