-

betacool

Kto opłacał królobójców? O blaskach i cieniach psucia dziewek.

makulektura.pl

Makulektura nr 38

 

Kto opłacał królobójców? O blaskach i cieniach psucia dziewek.

Wacław Gąsiorowski „Sclavus”, Królobójcy

 

Stali czytelnicy zauważyli już chyba, że często poruszam się jak bumerang. Odlatuję na chwilę od jakiegoś tematu na chwilę, by za chwilę do niego powrócić.

To nie wynika z mojej wrodzonej złośliwości, ale raczej trybu działania – czasu podróżowania książek, czasu potrzebnego na ich przeczytanie, a czasami z przedziwnych splotów okoliczności, sprawiających, że aby pójść naprzód, trzeba czasami wykonać skok w bok.

Pisząc tekst na zupełnie inny temat, sięgnąłem do wskazanej w podtytule książki i uznałem, że opis pewnego dramatycznego zajścia, które zaważyło i na losach I Rzeczpospolitej i na losach Europy jest stworzony w mistrzowsko wręcz perfidny sposób. Chodzi mi o ustęp (tak właśnie ustęp) opisujący przemyślnie skonstruowane zatrute ostrza, wmontowane w deskę nad którą nawet władcy świata muszą obnażyć swą mniej szlachetną część ciała. Ostrza te miały ponoć wsączyć truciznę w dupsko pewnej znienawidzonej pośród Polaków persony, którą rodacy od tej pory mieli jeszcze bardziej pogardzać i jeszcze bardziej nienawidzić.

Mowa tu o dziele Wacława Gąsiorowskiego „Królobójcy”

Wspomniany przeze mnie fragment obnażył, moim zdaniem nie koniecznie szlachetne intencje autora, a o prawdziwych intencjach, w dość tajemniczy sposób pisze autor w jej wstępie do czwartego wydania.

Gąsiorowski wspomina w nim, że książka powstała w 1904 roku, kiedy to do „izdebek paryskich młodego literata zaczęły łomotać echa krwawych z caratem rosyjskich porachunków” i „Ziemia Polska raz jeszcze poszła na ofiarne i krwawe męczeństwo”. Okazuje się, że wybuch tego rewolucyjnego przypływu wstrzymał w Paryżu wszelki ruch wydawniczy, a „ruch księgarski upadł”. Ale zdarzyło się coś nieoczekiwanego (cytat będzie długi, ale postarajcie się nie uronić żadnego zdania, bo idealnie odsłania ówczesne mechanizmy sterujące rynkiem księgarskim i wydawniczym):

„Wydawnicza bystrość telegraficznie załatwiła umowę, opartą na wartości trzymiesięcznego przeżycia(…).

Ukazanie się „Królobójców” było sensacją. Książka zaczęła tak szybko iść, iż przed rozsprzedaniem wydania pierwszego, przed upływem pierwszych trzech miesięcy , wydawcy zakupili już wydanie drugie za cenę wyższą.

Poczytność była zdobyta. Tłumacze na obce języki runęli na „Królobójców”. Przynależność „państwowa” autora i jego pseudonim ułatwiły znakomicie porozumienie. Autorowi wolno było dowiadywać się o wydaniu przekładu jego książki i wolno było nabywać te przekłady za własne pieniądze. Aliści tłumacz angielski, zyskawszy już raz na równie samowolnym przekładzie innej pracy tegoż autora, wpadł na pomysł, aby zamiast pseudonimem- podpisać „Królobójców” pełnym nazwiskiem pisarza.

I tak oto, w roku 1908 ukazała się w Londynie „Tragic Russia”, zdradzająca bez ceregieli nazwisko Wiesława Sclavusa.

Równocześnie „Królobójcy”, na całym obszarze państwa rosyjskiego, skazani zostali na zagładę. Samo posiadanie książki w oryginale w przekładzie rosyjskim lub czeskim choćby, było zbrodnią polityczną, karaną więzieniem, było dowodem nieprawomyślności, zamachem stanu, obrazą majestatu”.

Dzięki tej pomście sprawiedliwości „Królobójcy”, jako ów złowrogi owoc, kusili nawet lękliwych, szli z rąk do rąk, skradali się jako konspiracja, docierali do puszcz syberyjskich, bobrowali po dworkach i zaściankach, kryli się w skrzynkach rosyjskich marynarzy nawet na cesarskich pancernikach, zaglądali do szkół i do koszar, podniecali młode umysły, chciwe ostrej przyprawy.

Czasu Wielkiej Wojny sądzone było „Królobójcom” znaleźć posłuch nawet tam, gdzie się najmniej tego mogli spodziewać. Niemcy potrzebowali antyrosyjskiego materiału, wybaczyli przeto „królobójcom ich antygermanizm i przez Belgię, na skrzydłach berlińskiego wydawcy, w momencie najzaciętszych walk na froncie francuskim w roku 1917, zwróciły się z uprzejmą propozycją do autora… o zezwolenie na przekład, obiecując honorarium. List pozostał bez odpowiedzi, tłumaczenie wyszło w Berlinie w pięknym wykrojeniu antygermańskich przesłanek, wyszło bez zezwolenia i bez honorarium.

Na koniec polski wydawca, w tym samym czasie, sądząc prawdopodobnie, że autor zginął w zbombardowanym domu paryskim i „nie mogąc się porozumieć”, puścił w świat wydanie trzecie oryginału „Królobójców” (…)”.

To teraz chyba najwyższa pora nieco rozszyfrować ten przekaz. Ja jestem tyko deszyfrantem amatorem, więc jeśli ktoś wychwyci jakieś błędy to nie obrażę się, jeśli mi je w komentarzach wytknie.

Otóż Paryż dowiaduje się o próbach wywołania socjalistycznej ruchawki w Rosji. Raźno furczące prasy drukarskie stają, a decydenci rozważają jakież to materiały drukowane będą potrzebne na tak istotny kawałek frontu. Do Paryża dociera depesza od jakiegoś wydawcy z konkretnym zleceniem popartym kuszącą porcją gotówki. Zastanówmy się skąd mogła nadejść depesza do Paryża? No, chyba nie z samego Paryża? Z Petersburga? Nie – to oczywiste. Z Berlina także nie, bo o niemieckim wydaniu mowa dopiero w kolejnym akapicie. Dlaczego Gąsiorowski nie mówi wprost, kto był zleceniodawcą. Czego się wstydził?

Potem cudownie odpowiedział „rynek”. Jeszcze nie rozeszło się pierwsze wydanie, a już ktoś bez mrugnięcia okiem zleca kolejne i to za większą kasę, a potem jest szturm tłumaczy. Okazuje się że „przynależność „państwowa” autora i jego pseudonim ułatwiły znakomicie porozumienie”. Nie pisze Gąsiorowski z kim niby było to porozumienie i komu mogłoby pasować polski „niewolnik”, ale „niewolnik” był z porozumienia zadowolony, więc możemy się domyślać, że dotyczyło ono ulżenia jego doli, a może nawet uwolnienia…

Dalej kolejna ciekawostka. Największym szkodnikiem okazał się angielski tłumacz, który grał z Gąsiorowskim w emocjonalnego ping-ponga – tłumaczył bez zgody, zyskiwał na samowolnych przekładach innych prac i wpadał na pomysł podpisania „Królobójców” pełnym nazwiskiem autora. Słowem zachowywał się jakby uważał, że nie musi się z twórcą konsultować i może wyczyniać z jego twórczością wszystko, co strzeli mu do głowy.

Ja się tylko domyślam się, że recenzje w New York Timesie, też były czystą samowolką angielskiego wydawcy.

Nie dowadujemy się także, czy przekłady czeski i rosyjski były osobistą inicjatywą Gąsiorowskiego. Możemy oczywiście sobie wyobrażać, że był on wydawniczym wizjonerem, który działał z rozmachem i zlecał tłumaczenia, na wszystkie kolejne ważne języki. Ale dlaczego w takim razie nigdy nie powstało tłumaczenie na francuski?

Może nawet ten rozmach był tak wielki, że księgarnie ze swym dziełem otwierał w portach, w których cumowały rosyjskie pancerniki, a także w pobliżu rosyjskich szkół i koszar. Tylko dlaczego tam , a nie pod koszarami w Londynie lub Paryżu?

Los czytelników i niebezpieczeństwa, na które narażał czytelników, specjalnie Gąsiorowskiego nie obchodziły, ważne było za to „podniecanie młodych umysłów”

Potem (w czasie wojny) dość nieoczekiwanie do Sclavusa zwrócili się Niemcy. List został bez odpowiedzi. Może błędnie to rozszyfruję, ale wydaje mi się, że być może autor musiał telegraficznie konsultować, czy propagandowy zamówiony przez "telegraficznego zleceniodawcę" materiał, może zostać użyty przez kogoś, kto nie był uwzględniony w dotychczasowym rozdzielniku. Bez wiedzy i zgody autora, okazało się, że jednak może i to w mocno przyciętej formie. Ktoś stwierdził, że za tę modyfikację może sobie sporo potrącić i się z Gąsiorowskim nie rozliczyć. Czy nie sądzicie, że mógł to być ten bezczelny angielski wydawca?

Potem, bez konsultacji z autorem zostało puszczone w ruch duże wydanie w języku polskim i to w bardzo newralgicznym momencie, bo pod koniec I Wojny Światowej, a my mamy uwierzyć, że to z powodu „zbombardowanego domu w Paryżu”.

Niezwykle barwnie opowiada Gąsiorowski o zawartości tej książki.

„Dziwna książka. Nie weszła w poczet prac historycznych, nie została zaliczona do literatury pięknej, ani nawet publicystyki. Przeorała całe społeczeństwa, spełniła tylko powinność pospolitego narzędzia. Zgrzeszyła bodaj swą gorączkowością, była dziecięciem niepokoju, wizji, mar, bezsennych nocy, zapragnęła być również i sarkazmem, ironią, dziejami zbrodni i kroniką dworską, szukała pomsty – znajdowała usprawiedliwienie, próbowała myślicielstwa, a wpadała w humor, anegdotę pomieszała z dokumentem, buduarową tajemnicę splątała z racją stanu. Tak, zgrzeszyła bardzo, jak grzeszyć zwykł każdy płód niewoli”.

Słowem, taki grzeszny stworek, spłodzony w podczas bezsennych nocy pełnych mar w buduarze dziejów.

Myślę, że choć (jak przyznaje sam autor) jest to dzieło grzeszne, to warto mu się trochę przyjrzeć. Tak bowiem wygląda mistrzowska proza sklecona na polityczne zlecenie. Nie warto przepłacać, bo od czasu powstania miała aż 37 wydań, ale gdyby ktoś poczuł chęć stanięcia z nią oko w oko, to jak zwykle zapraszam:

https://allegro.pl/uzytkownik/makulekturapl?order=m

Czy jest to proza grzeszna. Oceńcie sami. Ot choćby taki fragment:

„…wszystkie wybitniejsze ogniska ludzkie Rosji były usiane, tak zwanymi cesarskimi instytutami dla panien. Instytuty te zajmowały się wychowaniem bezpłatnym sierot szlacheckich, oficerskich i wyższych urzędników. Wychowanie to zmierzało jedynie (i zmierza) do urobienia pięknych, ładnie ułożonych lalek, do stanowienia kadr haremowych dla samczych popędów monarszych i wielkoksiążęcych. Ilekroć do miasta zjeżdżał choćby najmniejszy w hierarchii domu panującego, tylekroć setki dziewcząt, wydekoltowanych do pasa, defilowało kornie pod okiem „przełożonej”, szukającej na twarzy gościa znaku przyzwolenia.

Łatwo wyobrazić sobie, jak się taka atmosfera podnosić musiała, gdy do instytutu zjeżdżał monarcha i ze swymi adiutantami raczył urozmaicać klasztorne życie wychowanek (…)”.

Ja tu zadam pytanie wybitnie retoryczne, czyż lektura takiej prozy nie podniecała „młodych umysłów, chciwych ostrej przyprawy”, czy nie powodowała wówczas emocjonalnego wzmożenia u marynarzy pływających na pancernikach, w szkołach i koszarach?

Takie gawędy rozpoczynane od słów „łatwo sobie wyobrazić” służyły także temu, by wszyscy zapamiętali chociaż to jedno. Nawet jeśli car nie był taki najgorszy, to i tak za psucie dziewek należała mu śmierć, albo przynajmniej parę prób zamachów. Warto przeczytać tę książkę, bo choć królobójstwo nazwane jest tu na początku zbrodnią, to nic sympatii do tych „późniejszych” zwłaszcza spiskowców jest bardzo, bardzo wyraźna. I jest tu jeszcze jeden ciekawy motyw do prześledzenia. Warto się bowiem pochylić i nad taką kwestią: którzy to władcy byli tymi „najgorszymi” i najbardziej godnymi śmierci. Być może taki sposób stawiania pytań zbliży Nas do odpowiedzi, którzy władcy Rosji najbardziej przeszkadzali zleceniodawcy napisania tej książki. Opowieści, o których carach należało przprawić najbardziej "na ostro"?

A teraz się przyznam, do czego jeszcze to dziełko mi posłuży. Otóż dzięki niemu stworzyłem tytuł, który nam będzie towarzyszył w kolejnych odcinkach cyklu. I będą to rozważania wcale nie o tym, kto płacił wierszówkę Gąsiorowskiemu. Cofniemy się bowiem do wcześniejszych opowieści traktujących o ponadprzeciętnej umieralności w szeregach Wielkiego Proletariatu i spróbujemy zahaczyć o odpowiedź, kto opłacał królobójców, lecz już nie tych papierowych, ale prawdziwych z krwi i aż do krwi, i z kości i aż do kości.



tagi: wacław gąsiorowski  sclavus  królobójcy 

betacool
17 maja 2018 17:21
17     1907    8 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Magazynier @betacool
17 maja 2018 18:29

Tytuł jest super. Mało nie spadłem z mojego rozwalającego się fotelika.

"Czy nie sądzicie, że mógł to być ten bezczelny angielski wydawca?"

Tak sobie właśnie pomyślałem. W końcu Kapitał też był najpierw wydany w Anglii.

Czemu nie było tych straganów z królobójcami pod szkołami i koszarami w Sankt Petersburgu czy Odessie? Bo w porcie była krótsza droga ucieczki na statek. Nie wiem czy pokład był traktowany jako terytorium imperium, ale może łatwiej tam było się schować. Kapitan miał instrukcje. Poza tym mógł jedank upierać się zgdonie z intrukcjami, że na pokładzie jest już jurysdykcja brytyjska.

Ps. Po wczorajszym twoim komentarzu u Krzysztofa na temat frau Janion jako guru, myślę sobie, że ten tekst o Janionce, który chcesz napisać, dusi nie tylko ciebie, mnie takoż. Reszta jest czekaniem. 

zaloguj się by móc komentować

betacool @betacool
17 maja 2018 18:45

Jak bumerang... tylko się w międzyczasie nie uduś.

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @betacool
17 maja 2018 19:55

Nooo można sobie wyobrazić, jak psucie dziewek działa na wyobraźnię, szczególnie rozgorączkowanych młodzieńców ;) W sennych marzeniach zabija się cara, w obecności tych dziewek z dekoltami do pasa oczywiście, a potem, może jeszcze potem, po dżentelmeńsku zakrywa się te dekolty lichym paletkiem…Działa jak uderzenie powracajacym bumerangiem ;)

W latach 1900-1914 Rosja przekazała francuskiej prasie (głównym tytułom, takim jak Le Figaro, Le Petit Journal, Le Temps i Le Matin) 6,5 miliona franków na artykuły promujące carat wśród francuskich inwestorów i polepszajace wizerunek Rosji w obliczu ruchu rewolucyjnego i rozpoczętej w 1904 roku wojny z Japonią.

No i co też mogła czuć stara wesoła Anglia, która w 1905 podpisała kolejny sojusz japońsko-brytyjski, miała już konkretne plany co do Rosji, a i zdzierżyć już nie mogła Francji finansującej sobie z takich dotacji budowę kanału panamskiego…

Szczyt dotacyjny przypadł na 1906 rok – „Według danych rosyjskiego ministerstwa finansów z 1906 roku, jedynie dotacje dla prasy francuskiej kosztują budżet państwa ponad dwa miliony franków”.

Zaskakująco, ;) w 1906, za nieznane pieniądze telegrafa, są wydani „Królobójcy”, których błyskawicznie się tłumaczy, wznawia przy użyciu ostrego marketingu szeptanego i przerzuca na rynek "podziemny ;)

W tymże roku w Moskwie odnotowano 7tys. morderstw politycznych….Wystarczyło jeszcze załzawione oczy tragicznej Rosji zamydlić, podpisać sojusz brytyjsko-rosyjski i czekać aż bumeang wróci...

A co do londyńskiego wydawcy - 3 lata przed wydaniem Królobójców, Cassel & Co przeszło pod zarząd Arthura Spurgeona, który, jako pracownik służby cywilnej, tak fantastycznie zrewitalizował wydawnictwo, że już w 1918 otrzymał w nagrodę godność lordowską.

Ciekawe, jakie pozycje jeszcze zostały wydane za telegraficzne pieniądze w tych latach. No i czekam na notki z finansowaniem „naszych proletariuszy".

zaloguj się by móc komentować

betacool @ainolatak 17 maja 2018 19:55
17 maja 2018 20:11

Chyba przestałbym już pisać, gdyby nie takie komentarze jak ten.

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @ainolatak 17 maja 2018 19:55
17 maja 2018 20:21

Czyli Rosja sama sfinansowała "armatę" z której do niej strzelano.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @betacool 17 maja 2018 18:45
17 maja 2018 20:31

W tym cała nadzieja, znaczy się w tym bumerangu. Powalczę z tym dusiołkiem. Trochę treningu. Ciekawe to nazwisko Janion. Trochę takie jajcarskie. No może jajeczne. 

zaloguj się by móc komentować

betacool @Kuldahrus 17 maja 2018 20:21
17 maja 2018 20:36

No nie całkiem. Przekład francuski Królobójców nie powstał, ale na czyjeś zlecenie został we Francji napisany. Ot taki dodatkowy smaczek i bonus dla zlecającego.

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @Kuldahrus 17 maja 2018 20:21
17 maja 2018 20:48

Nie, próbowała sie jakoś bronić, wypuszczać obligacje i pozyskiwać inwestorów...nie tylko prasie dla dobrego wizerunku płaciła, ale francuskim bankom też. A że jednocześnie we Francji odpowiedni zaczyn naszych powstańczych romantyków był, to i idealne miejsce na wypuszczenie ksiazki stamtąd, a nie z Anglii. A im dalej od zleceniodawcy tym lepiej, no i w rosyjsko-francuskie byznesy tez mały kwasik się wpuszczało ;)

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @betacool 17 maja 2018 20:11
17 maja 2018 20:49

no jak się pisze o bumerangu, to trzeba się spodziewać powrotów swoich fanów ;)

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @betacool
17 maja 2018 20:58

Ach, jeszcze może być inny powód sprzedaży portowej. Ale pod warunkiem że marynarze na rosyjskich okrętach umieli czytać. Pewnie bardziej chodziło o oficerów. Tyle że z tego co pamiętam oficerowie nie dali się zrewolucjonizować w stopniu zadowalającym. Kadeci i studneci w 1905 byli zrewolucjonizowani w stopni zadowalającym. Bułhakow 15 lat później wieszał psy na partii kadeckiej, która wypromowała Kiereńskiego.  

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @ainolatak 17 maja 2018 20:48
17 maja 2018 21:27

i @betacool

Pomyślałem sobie, że te miliony rzucone na prase francuską poszły też po części na publikacje podobne do "Królobójców", taki zbieg dat. Rosja była w takiej sytuacji, że właściwie kto miałby się przejmować żeby pieniądze szły na to co miały iść.

zaloguj się by móc komentować

betacool @Kuldahrus 17 maja 2018 21:27
17 maja 2018 22:07

Ci, którzy się tym w Rosji przejmowali,  zazwyczaj ginęli w zamachach.

zaloguj się by móc komentować

Paris @ainolatak 17 maja 2018 20:49
17 maja 2018 23:21

Zgadza sie...

... a cykl o finansowaniu wielkiego proletariatu to dopiero bedzie BOMBA  !!!

Juz sie ciesze... fajnie, ze wraz z Gospodarzem bloga wykonamy wiele tych skokow w bok.

zaloguj się by móc komentować

Stalagmit @betacool
20 maja 2018 09:14

Świetny artykuł. Czy książka Gąsiorowskiego nie spełniała czasem takiej roli, jak książki Katarzyny Radziwiłłowej: Behind the Veil at the Russian Court, The Black Dwarf of Vienna and Other Weird Stories, Germany under Three Emperors, ?

zaloguj się by móc komentować

betacool @Stalagmit 20 maja 2018 09:14
20 maja 2018 10:07

Przeczytałem sobie zarys jej życiorysu.

Aż dziw, że nikt o niej książek nie pisze i jej książek nie tłumaczy.

zaloguj się by móc komentować


betacool @Stalagmit 20 maja 2018 10:12
20 maja 2018 11:05

Tak , tak z Twojego artykułu pamiętałem, że pewna Polka próbowała przy Cecilu zabłysnąć mocniej niż złoto i diamenty, ale że literaturę propagandową uprawiała i nikt tego w Polsce nie wydał... Może Radziwiłłowie do tego nie dopuścili?

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować