-

betacool

O uśmiercaniu i odradzaniu

Niedzielne cudka z Beta-ogródka

O.K. Klemens, O miłości ukrzyżowanego Zbawiciela, t.1-2, Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1933, s. ok. 780

 

„Pewnego dnia Jezus idąc z Betanii do Jeruzalem, łaknął; a ujrzawszy przy drodze drzewo figowe przystąpił do niego, ale znalazł na nim same tylko liście, Tedy rzekł do drzewa: Niechaj się nigdy z ciebie owoc nie rodzi na wieki. I w tejże chwili uschło. A uczniowie dziwowali się, że drzewo, przedtem zieleniejące się, tak nagle uschło, skoro Jezus je przeklął. Niemniej dziwny, choć wprost przeciwny, cud uczynił tu Zbawiciel, gdy uschłemu drzewku figowemu, to jest duszy łotra w grzechach zastarzałej, w jednej chwili życie przywrócił, tak że natychmiast zazieleniło się, zakwitło i wyborny owoc wydało”.

                                                                      Rozmyślanie LXVIII, Nawrócenie dobrego łotra

 

Ta scena z Chrystusem przeklinającym drzewo zawsze mnie poruszała, chyba nawet bardziej niż wypędzenie kupców ze świątyni. Wszak ci mieli swój rozum, swoje kalkulacje, swoje motywacje. Cóż Bogu winne drzewo? Zieleniło się bezowocnie. Może nie dawało owoców ale przecież bez udziału świadomości, bez cienia złośliwości, a Jezus je przeklął i ono momentalnie uschło.

Niedawno w moim ogrodzie postąpiłem tak samo. To był krzew, który miał rodzić nadzwyczaj uzdrawiające jagody goji. On by je nawet rodził, tyle że roślina miała ogromne przyrosty, nad którymi ja starałem się panować. Ciąłem więc krzew zbyt często, by zaczął cokolwiek rodzić. W rewanżu krzew zwany „kolcowojem chińskim” rodził masę słabo owocujących ale obficie pokrytych kolcami błyskawicznie rosnących gałęzi. W tym roku znowu próbowałem go okiełznać, a on jak co roku poranił mi dłonie. Powiedziałem basta. W ruch poszedł szpadel i roślina została wrzucona w ogień. Trochę się moją zapalczywością przejął sąsiad, któremu dwa lata zachwalając „zdrowotność” jagód krzewu temu dałem odszczepkę (ponoć wspaniale i szybko rośnie). Powiedziałem Marcelemu, że nastąpiła zmiana planu zagospodarowania ogródka. On jest geodetą, więc przyjął to bez zbędnych pytań.

Wyrok na krzew zapadł i był równie nieodwołalny jak ten z biblijnej przypowieści.

***

Książka, o której tu dziś wspominam należała do dwóch księży. Pierwszym właścicielem był ksiądz profesor doktor Leon Rychter. Gdy szukałem wiadomości o jego życiu, znalazłem i tę o jego śmierci. Podobno wczoraj była rocznica... Umarł 4 kwietnia 1943 r. Tak przynajmniej mówi wpis w „Martyrologium duchowieństwa”.

O księdzu Rychterze wiemy tyle, że był sedzią prosydnnalnego sądu biskupiego (ok. 1935), cenzorem ksiąg religijnych (do ok. 1937), wikariuszem parafii pw. Wszystkich Świętych w Warszawie (do 1936).

Wcześniej współtworzył Seminarium Duchowne w Łodzi, którego był wicerektorem (1927- 30). Wykładał tam teologię moralną i pełnił funkcję pierwszego prefekta, czyli osoby  czuwającej nad karnością i przebiegiem studiów.

Początki Seminarium nie były łatwe. Wyczerpująco opowiada o tym Stanisław Grad, w artykule "Wyższe Seminarium Duchowne w Łodzi w latach 1921–1940". Fabryczna Łódź potrafiła bowiem niemile zaskoczyć nawet zdeterminowanego biskupa. Posłuchajmy:

"Wkrótce po nominacji biskup Tymieniecki poczynił starania u władz miasta mające na celu pozyskanie odpowiedniego budynku, w którym mogłoby znaleźć pomieszczenie Seminarium Duchowne. Pasterz diecezji był świadom faktu, że rząd polski, zabiegając o utworzenie diecezji łódzkiej zobowiązał się do wyposażenia jej w odpowiednie gmachy, konieczne do jej funkcjonowania. Odpowiednie przyrzeczenie złożył rząd ówczesnemu nuncjuszowi Stolicy Apostolskiej w Warszawie Achillesowi Rattiemu, dlatego Biskup nie przewidywał żadnych większych trudności w pozyskaniu odpowiednich pomieszczeń. Zabiegi biskupa Tymienieckiego skoncentrowały się wokół budynku przy ul. Placowej 14, w którym mieścił się Szpital św. Aleksandra. Lokalizacja była wprost idealna, budynek znajdował się w pobliżu katedry, jak również mającego powstać gmachu Kurii Biskupiej i, rezydencji biskupów łódzkich, jednak stan budynku pozostawiał wiele do życzenia. Wybudowany w 1843 r., jednopiętrowy, zbyt mały aby sprostać nowym zadaniom i pomieścić całe Seminarium Duchowne, oprócz tego był tak zdewastowany, że wymagał kapitalnego remontu. Jednak sprawa odpowiedniej lokalizacji zwyciężyła i wokół tego obiektu skoncentrowały się, wszystkie starania i zabiegi władzy diecezjalnej, uwieńczone powodzeniem".

Jako, że budynek dotychczasowego szpitala ze względów sanitarno-higienicznych nie nadawał się na pomieszczenia medyczne, szpital przeniesiono. Magistrat miasta Łodzi zdecydował o przeprowadzce szpitala, a dotychczasowy budynek szpitalny wraz z przyległym placem postanowił w kwietniu 1921 r. oddać do dyspozycji diecezji. Zgodnie z decyzją, w połowie lipca Szpital św. Aleksandra został przeniesiony do nowych pomieszczeń. Opróżniony budynek poszpitalny wymagał kapitalnego remontu i adaptacji gmachu do nowych potrzeb. Do prac remontowo-adaptacyjnych przystąpiono natychmiast po opuszczeniu budynku przez dotychczasowego użytkownika. W trakcie trwania prac remontowych 9 sierpnia 1921 r. biskup Wincenty Tymieniecki wydał dekret erygujący Seminarium Duchowne w Łodzi.

A gdy wydawało sie, że seminarium będzie działać bez przeszkód, pojawiły się pewne systemowe nieporozumienia:

"Wspomniane przeszkody płynęły z niewyjaśnionej do końca, jak się później okazało, sprawy własności budynku. Mimo że Ministerstwo Robót Publicznych pismem z 10 czerwca 1921 r. poleciło Okręgowej Dyrekcji Robót Publicznych w Łodzi przekazać nieruchomość po Szpitalu św. Aleksandra przy ul. Placowej 14 w bezterminową i bezpłatną używalność Biskupa Łódzkiego, biskup Tymieniecki, przejmując wspomnianą nieruchomość, zwracał się do wszystkich zainteresowanych instytucji, w tym również do Sejmiku Łódzkiego i takową zgodę od nich otrzymał, to jednak w momencie kiedy budynek seminaryjny został wyremontowany i zajęcia seminaryjne odbywały się normalnie, Sejmik Łódzki zgłosił pretensję do tytułu własności. Wprawdzie Prokuratura Generalna 25 października 1922 r. orzekła, że roszczenia Sejmiku Łódzkiego są bezpodstawne, gdyż nieruchomość byłego szpitala nie jest własnością Sejmiku, ale stanowi własność państwa polskiego, mimo to Sejmik Łódzki metodą faktów dokonanych chciał wejść w posiadanie wspomnianej posesji. Co więcej, udało mu się uzyskać zgodę Ministerstwa Robót Publicznych na wydzierżawienie placu o powierzchni 4780 m2 wykrojonego z nieruchomości seminaryjnej przeznaczonego pod budowę biurowców. Biskup poczuł się oszukany, diecezja poniosła wiele nakładów i kosztów w niwelację terenu. Ponadto sam budynek, bez przyległego terenu, bez ogrodu, boiska nie mógł spełniać właściwej roli. Biskup apelował do zainteresowanych instytucji, apelował do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, niestety starania biskupa Tymienieckiego nie odniosły skutku".

Na szczęście, gdy los Seminarium zawisł na włosku, sprawa zaczęła przybierać pomyślny obrót dla diecezji. Wydział Powiatowy nie mógł się wywiązać z warunków umowy, nie przystąpił w oznaczonym czasie do budowy wspomnianych gmachów. 

"W tej sytuacji Okręgowa Dyrekcja w Łodzi wystąpiła do Ministerstwa Robót Publicznych o rozwiązanie umowy  (...). Mając na uwadze przykre doświadczenia, biskup Tymieniecki rozpoczął pertraktacje z Rządem o kupno omawianej nieruchomości. Starania trwały do czerwca 1930 r. i zakończono je podpisaniem umowy na kupno wspomnianej nieruchomości za kwotę 240 480 zł. Diecezja wpłaciła gotówką 25% całej sumy, czyli 60 120 zł, resztę zobowiązała się spłacać do skarbu państwa w 24 ratach, rozłożonych na 12 lat. (...) Decyzję o kupnie wspomnianej nieruchomości podjął Biskup w niezwykle trudnej sytuacji finansowej. Były to lata wielkiego kryzysu, bezrobocia. Jak trudna, wręcz dramatyczna była sytuacja finansowa, świadczy fakt, że diecezji nie stać było nawet na wpłacenie wstępnej 25–procentowej sumy, ani nawet jej części. Niezwykłej odwadze i wytrwałości biskupa Tymienieckiego należy przypisać fakt, że wpłata wstępnej sumy 60 120 zł została dokonana. Biskup wystarał się o długoterminową pożyczkę w wysokości 40 tys. zł, następnie zwracał się do różnych instytucji i osób prywatnych o pomoc i takową pomoc otrzymywał. Z pomocą w zebraniu tej wstępnej sumy licznie pospieszyli kapłani. Ostateczne spłacenie rat zakończono za pontyfikatu biskupa Włodzimierza Jasińskiego. Biskup Jasiński podjął bardzo brzemienną, a zarazem szczęśliwą decyzję, aby spłat nie rozciągać na dalsze lata jak przewidywała umowa, ale żeby dokonać spłaty całej zaległej sumy. Dlatego 14 września 1938 r. na niecały rok przed wybuchem II wojny światowej wpłacono pozostałą do zapłacenia sumę w wysokości 60 120 zł. Po 17 latach od przejęcia, gmach seminaryjny wraz z przylegającym terenem stał się własnością diecezji, co miało ogromne znaczenie w powojennej rzeczywistości i w staraniach o jego odzyskanie".

Po administracyjnych bojach z lokalnymi socjalistami nadszedł czas na zmagania z socjalistami z przymusowego importu. Opowiada o nich biogramu księdza Rychtera z linkowanego już "Martyrologium" :

"Po niemieckim i rosyjskim najeździe na Rzeczpospolitą w 09.1939 i rozpoczęciu II wojny światowej, po rozpoczęciu okupacji niemieckiej, wyrzucony przez Niemców 28.11.1939 — wraz ze wszystkimi wykładowcami i alumnami — z budynku Seminarium Duchownego w Łodzi. Seminarium kontynuowało działalność w majątku biskupim w Szczawinie k. Zgierza. 28.02.1940 tamtejsze budynki Niemcy zajęli wyrzucając wszystkich pracowników i studentów. Seminarium przestało funkcjonować. Przeniósł się do Łodzi. Dalsze losy nieznane".

I tak oto los nie pozostawił nam po księdzu prawie nic. Gdyby nie książka, nie byłoby opowiadanej dzisiaj historii. "Dalsze losy nieznane" zamknęłyby śmiertelne wieko. A my tutaj mamy jakiś materialne ślady po księdzu. Ślady intrygujące, bo nie wolne od zagadek. Oto pierwszy exlibris księdza Rychtera:

Mamy tu niezbyt lubianą przeze mnie sowę, ale pod literą "R" mamy herb "Zęby", jak najbardziej szanowanego przeze mnie króla Stefana Batorego. Może ktoś będzie w stanie dopowiedzieć tę herbową historię relacji Rychterów i Batorego. Ja niestety nie potrafię.

Drugi exlibris z maksymą, której źródła także nie umiem odnaleźć.

Najprawdopodobniej należy odczytać ją tak: "Germlino quasi salix juxta praeterfluentes aquas ". Nie wiem, czy dobrze tłumaczę ale układa mi się we frazę: "Jak szczepka wierzby nad płynącymi wodami". 

Wszyscy, którzy kiedykolwiek wsadzili w wilgotną glebę wierzbowy patyk, wiedzą o co chodzi. O życie, które się z niego odrodzi. Może ta książka także będzie jak ta wierzbowa witka, z której nasza ciekawość odrodzi czyjś wydawałoby się pogrzebany bezpowrotnie przez śmierć żywot. Może nawet odrodzi nie jeden życiorys, wszak na stonicach są jeszcze pieczęcie księdza kanonika Włodzimierza Ławrynowicza.

Wielkie zadanie na Wielki Tydzień?

https://allegrolokalnie.pl/oferta/o-k-klemens-o-milosci-ukrzyzowanego-zbawiciela

 

 

 



tagi: śmierć  zycie  leon rychter  włodzimierz ławrynowicz  odradzanie  wielki tydzień  seminarium duchowne w łodzi  wierzba 

betacool
5 kwietnia 2020 23:30
5     850    10 zaloguj sie by polubić
komentarze:
bezczas @betacool
6 kwietnia 2020 04:09

Księga Izajasza 44.3-4

effundam spiritum meum super semen tuum,
et benedictionem meam super stirpem tuam:

4 et germinabunt inter herbas,
quasi salices juxta præterfluentes aquas.

zaloguj się by móc komentować

bezczas @betacool
6 kwietnia 2020 04:29

Ciekawe skąd te topole. 

Translator z hebrajskiego przetłumaczył:

:)

zaloguj się by móc komentować

betacool @bezczas 6 kwietnia 2020 04:29
6 kwietnia 2020 06:57

Wielkie dzięki.

Salix to wierzba, ale topole (Populus) też są z rodziny wierzbowatych (Salicaceae).

Izajasz 44.-4

Biblia Tysiąclecia:
4 Wyrastać będą jak trawa wśród wody,
jak topole nad bieżącymi wodami.

Jakub Wujek

4 I będą rość między ziołami, jako wierzby przy wodach ciekących.

 

zaloguj się by móc komentować

bolek @betacool
6 kwietnia 2020 07:20

Dzięki za poranną inspirację :)

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @betacool
7 kwietnia 2020 10:12

Jak szczepka wierzby to inaczej - jak Pan Bóg dopuści to i z kija wypuści...

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować