-

betacool

Orzeł czy Reszka? O zdychaniu, obronie i kryminalnych zagadkach Jasnej Góry.

makulektura nr 67

 

Orzeł czy Reszka?

O zdychaniu, obronie i kryminalnych zagadkach Jasnej Góry.

Stanisław Pomian Srzednicki, Moje wspomnienia. Tomy 1-3, Fundacja Imienia Stanisława Pomian-Srzednickiego, Łódź 2018, stron około 300 + kartonowe pudełeczko+ wkładka zdjęciowa + flaga biało-czerwona

 

Część 2

 

Nie - to nie będzie wpis tylko i wyłącznie o rzutach monetą. Orzeł i Reszka to nazwiska, może nie jakoś bardzo popularne, ale na potrzeby tej gawędy bardzo użyteczne. Nie będę tu jednak pisał o konkretnych osobach, bo ich nie znam, ale o tym jak odbieram ich działania.

Orzeł znalazł się w tytule trochę przypadkiem, bowiem Coryllus w komentarzach mojego pierwszego wpisu o wspomnieniach Srzednickiego napisał:

„Wiesz co jest najlepsze? W zeszłym roku Józef Orzeł podał mój adres potomkom pana Srzednickiego, którzy wydali te pamiętniki i ja je miałem rozdawać na konferencjach, miałem też coś o nich napisać. Umówiliśmy się, że oni mi je wyślą. Do dziś nie doszły. Sam nie wiem dlaczego...”

O tym dlaczego Orzeł znalazł się w moim wpisie w towarzystwie Reszki, czyli przebierańca, który podobno pod osłoną sutanny uczestniczył w nieco mniej uduchowionych momentach życia księży, wyjaśnię nieco później…

Muszę jeszcze wyjaśnić, że jakiś czas temu kierując się moją nieposkromioną ciekawością zadałem sobie trud by sprawdzić, kiedy miał miejsce ostatni wspólny występ Coryllusa z Józefem Orłem. Otóż odbył się on kilka dni przed konferencją w Baranowie. Po niej wspólnych telewizyjnych występów już nie było. Może Gabriel wie o okolicznościach tego zaniku zainteresowania swoją osobą i jego opiniami nieco więcej, a może do dziś zastanawia się i „sam nie wie dlaczego”. Oczywiście „cywilizowanych” wyjaśnień może być wiele, ja się jednak nimi zajmować nie będę, bowiem jedno (tyle, że nie „cywilizowane”, a systemowe) wyjaśnienie nasunęło mi się od razu. Podczas konferencji w Baranowie miał miejsce wykład, który dowodził, że w oparciu o jasne i jednoznacznie brzmiące przepisy prawa można na drodze formalnej uczynić więcej, niż badając latami coraz mniej osmalone, a coraz bardziej pokryte kurzem i pyłem niepamięci, materialne pozostałosci katastrofy.

Wracając do nazwiska „Orzeł”, to sami przyznacie, że zawarty jest w nim duży ładunek symbolu.. W przypadku pana Józefa współgranie symboliki z reprezentowaną postawą jest bardzo duże. Chodzi oczywiście o reprezentowany przez pana Józefa patriotyzm. Ja się z tą postawą identyfikuję, ale przypuszczam (być może błędnie), że o ile moglibyśmy podać sobie ręce na poziomie ogólnym, o tyle na poziomie szczegółów dotyczących stopnia prezentowania prawdy o patriotyzmie moglibyśmy napotkać na spore rozbieżności. Uważam (znowu zaznaczę, że być może błędnie), że o niektórych wstydliwych aspektach działalności patriotów spod znaku orła, pan Józef wolałby zmilczeć. Kto wie, czy nie posłużyłby się on nawet frazą Józefa Mackiewicza: „nie wolno głośno mówić”.

Myślę, że wspomnienia Srzednickiego są lekturą idealną dla ustalenia owego ewentualnego „patriotycznego protokołu rozbieżności”. Zatem sięgnijmy do nich ponownie. W tomie drugim znajdujemy opis bitwy w okolicy Pilaszkowic. „Bitwa” jest do pewnego momentu słowem użytym na wyrost, bowiem około 300 osobowy odział porwanych patriotycznym uniesieniem Polaków, zmierzał w stronę granicy, by móc zaopatrzyć się w broń. Natknęli się na rosyjskich żołnierzy, który osaczyli ich w lesie. Próby uwolnienia się z pułapki, kończyły się niezwykle okrutnym mordowaniem kolejnych powstańców. Na odgłos strzelaniny w pobliże zawitał oddział dowodzony przez niejakiego Grzymałę. Dysponował on belgijskimi sztucerami, których salwy spowodowały, że Rosjanie się wycofali. Oto relacja Srzednickiego:

„Przy pomocy żołnierzy Grzymały sprowadzono z Częstoborowic wylęknionych włościan i ci zajęli się zbieraniem trupów oraz pościąganiem na jedno miejsce rannych, według mego bowiem przekonania tymi ostatnimi naprzód zając się należało, aby rany ich opatrzyć i uratować od śmierci tych, których uratować jeszcze było można. Tymczasem Naczelnik Grzymała był innego zdania, on bynajmniej nie kazał się troszczyć o rannych, jak się wyraził: „niech zdychają, kiedy się bronić nie chcieli”, ale zajęty był głównie zbieraniem rozrzuconej broni i karmieniem swojego oddziału. Serce się krajało od jęku nieszczęśliwych rannych, którzy konali nieopatrzeni, a głównie z pragnienia (upał był bowiem straszny), ale pomocy im nie można było przynieść, bo nie tylko w oddziale nie było sanitariuszów, ale chłopstwo (…) czy z obawy, czy z niechęci, bardzo mało mi pomagało. Grzymała zaś, posiliwszy swój oddział, nie zwłócząc pomaszerował gdzieś dalej. Dziwna rzecz, że Grzymała porzucone przez Rosjan karabiny oddał do mojej dyspozycji, czy je uważał za gorsze od belgijskich sztucerów, w jakie był uzbrojony jego oddział, czy zrobił to przez fanfaronadę, aby okazać nieprzyjacielowi, że powstańcy tak dobrze są w broń zaopatrzeni, iż karabinów nie potrzebują, objaśnić nie umiem…”.

Dla rannych nie było czasu i nie było wody. Chłopi w czasie powstania wygadywali frazy rodem z uniwersytetu marksizmu-leninizmu. Ulubionymi były te o panach krwiopijcach i pazernych księżach. Stąd też był i opór w niesieniu pomocy, który niewątpliwie tężał w obliczu uzbrojonego gościa, który mówi, o tym że ranni powinni zdychać.

Późniejsze wstrząsające opisy z prozy Żeromskiego o ciemnocie polskich chłopów podczas powstania były fałszywe jak monety bite w mennicy Albrechta Hohenzollerna. Chłopi byli aż nadto oświeceni i doskonale wiedzieli, co mają robić. Mało tego ich tak zwany "zasób leksykalny" dowodzi, że ktoś im tę wiedzę uporczywie kładł do głów. Dlaczego Grzymała zostawił broń? Może dlatego, że bronią palną miały się posługiwać tylko ściśle wyznaczone oddziały. Na dźwięk „belgijskich” wystrzałów carskie oddziały się cofały, a widok gołych szabel był dla nich hasłem do rzezi.

„Niech zdychają, kiedy się bronić nie chcieli” – zapamiętajmy tę frazę, ale wcześniej przyjrzyjmy się jej uważnie. Wypływa z niej bowiem jeden ważny wniosek - żeby przeżyć, musimy chcieć się bronić! Inaczej zdechniemy, a na dodatek hasło do zdychania wyda lokalny Naczelnik powstania.

Tych czarnych postaci nazywanych przez Srzednickiego Naczelnikami jest na kartach wspomnień kilku. Ocena ich postępowania zmusza mnie do pewnych mało patriotycznych uogólnień. Wszyscy chyba wiemy jaką estymą darzył powstańców styczniowych, Piłsudski. To byli „ojcowe założyciele” niepodległej Polski. Ja się pytam kogo on czcił. Pytam, czy krew ludzi poległych z szablę w ręku nie uświęciła całego szeregu kanalii wojujących z belgijskimi sztucerami u boku.

Wiem, że jest konkluzja straszna i odbierająca wszelkie złudzenia, ale może zupełnie inaczej każe nam spojrzeć na „patriotyzm i tradycje” prezentowane przez Naczelnika (podkreślę raz jeszcze to słowo – NACZELNIKA!).

Srzednicki lubił budować długie zdania. Chyba najdłuższymi z nich są te opisujące straty wynikające z powstania – sądy wojenne, zesłania, upadek gospodarstw rolnych, handlu, przemysłu, zabór mienia kościelnego, zniesienie klasztorów, wyprzedaż ziemi poduchownej Rosjanom, masowa emigracja tych, którzy musieli uciekać, albo nie mieli już sił na odbudowę i głęboki podział po uwłaszczeniu, który powstał wiążąc włościan z carskimi władzami i konfliktując ich na trwałe ze szlachtą.

Wspomnienia Srzednickiego nie tchną jednak beznadzieją. Uczą nas bowiem jak się bronić, by… nie zdechnąć. Czytałem jego zapiski po ogromnej dawce pamiętników napisanych przez polskich socjalistów. Wiecie czym się różnią? Srzednicki wiele kart poświęcił swojej rodzinie i są to karty pisane pięknie i z czułością. Socjaliści wspominali o swych rodzinach zazwyczaj tylko w rozdziałach, które dotyczyły okoliczności ich urodzin i młodości. "Czerwone ludki" chętnie opisywały swoje podróże po świecie w pogoni za źródłami przemian i postępu. Srzednicki podkreślał, że kierując się świadomym wyborem nie opuszczał kraju. Zwiedzał go, i poznawał twierdząc, że inne kraje może pooglądać z rycin, a pieniądze należy wydawać w swoim kraju.

Srzednicki opisał mozolną odbudowę tego, co zostało po powstańczej ruinie. Był on twórcą Towarzystwa Dobroczynności, które miało dopomóc najbardziej potrzebującym. Przy opisie okoliczności jego narodzin i szybkiego rozwoju podkreślał, że miało ono przede wszystkim na celu wyzwolenie się ludzi ze szpon lichwiarzy. W sądzie, w którym pracował ustanowił kasę zapomogowo-pożyczkową. Gdy o tym wspomina, pisze także jaki był tego powód. Krok ten miał wyrwać lokalny wymiar sprawiedliwości ze szpon lichwy.

Walka o odbudowę niezależności ekonomicznej to jednak nie wszystko. Jest bowiem jeszcze sfera symboli. Srzednicki pracował w sądzie kryminalnym. Długi fragment trzeciego tomu jego wspomnień opowiada o dużo późniejszych koszmarnych wydarzeniach, które miały miejsce na Jasnej Górze. Pożar klasztornej wieży, morderstwo, skandal finansowy związany z kradzieżą datków, wotów dziękczynnych, koron cudownego obrazu, okraszone seksualnymi ekscesami zakonników, wprawiły społeczeństwo w osłupienie. Srzednicki podał masę szczegółów, których część odnajdziemy w relacji Pawła Stachnika „Zbrodnia Damazego Macocha”.

Szok i wstrząs dotknął nie tylko Polaków. Relacje z postępów śledztwa i teatralnie (co obszernie relacjonuje Srzednicki) prowadzonego procesu, obiegły prasę światową i wzbudziły ogromną sensację.

W sądowym spektaklu uczestniczyli przedstawiciele zagranicznych periodyków. Nie będę tu opisywał detali, bowiem dość dobrze odmalował je w swym artykule pan Paweł. Warto przytoczyć kilka zdań, którymi zakończył on artykuł i z których wynika, że sprawa mogła mieć nie tylko wydźwięk obyczajowy:

„Trzeba wspomnieć o jeszcze jednym wymiarze sprawy Macocha. W wielu gazetach ukazujących się poza zaborem rosyjskim sugerowano, że Macoch był agentem Ochrany podesłanym do jasnogórskiego klasztoru w celu dokonania prowokacji. Macoch miał podrzucić tam jakieś kompromitujące materiały - broń, bomby, ulotki, które miała następnie odnaleźć policja. Świadczyłby o tym nalot na klasztor urządzony przez żandarmerię zaraz po ucieczce Macocha do Galicji. Żadnych kompromitujących rzeczy nie znaleziono, więc śledztwo miało charakter wyłącznie kryminalny.

Jego przebieg budził jednak sporo wątpliwości. Niejaki komisarz Denisow, który bardzo energicznie prowadził na samym początku śledztwo, został od niego odsunięty, a następnie aresztowany pod zarzutem przestępstwa politycznego. Tu i ówdzie twierdzono, że Macoch znał się ze Stanisławem Rybakiem, działaczem Narodowego Związku Robotniczego, który został uznany przez swych kolegów za prowokatora policyjnego i zastrzelony w Krakowie w 1910 r. Jednak wszystkie pytania zadawane podczas rozprawy przez obrońców dotyczące ewentualnych związków Macocha z Ochraną były natychmiast ucinane przez sędziego.

Z pierwszej wersji aktu oskarżenia usunięto 14 stron, a prokuratora, który podobno zawarł na nich informacje o kontaktach Damazego z tajną policją, zastąpiono bardziej posłusznym. Cały proces władze rosyjskie wykorzystały natomiast do skompromitowania Jasnej Góry jako siedliska zdemoralizowanych mnichów przestępców.

Miał to być pretekst do szykowanego od dawna zamknięcia klasztoru”.

Tym ciekawym zdaniem kończy się artykuł pana Pawła, ale ja go nieco rozwinę, raz jeszcze sięgając od wspomnień Srzednickiego. Bowiem intencje dotyczące losów klasztoru to rzecz jedna, ale nie koniecznie jedyna. Przytoczę dłuższy fragment, bo jest bardzo istotny:

„Gdy do Petersburga doniesiono o kradzieży koron i sukienki z obrazu cudownego, cesarz Mikołaj II, jak powszechnie twierdzono, postanowił sprawić nowe korony z własnej szkatuły czy z funduszów państwa. Skoro jednak dowiedziało się o tym duchowieństwo katolickie w słusznej jak się zdaje obawie, aby Rosjanie z powodu takiej ofiary nie nabrali więcej praw do cudownego obraz, do którego dzięki pochodzeniu jego z Bełza i tak roszczą sobie niejakie prawa, dotychczas zresztą ograniczające się oddawaniem przez prawosławie kultu dla tego obrazu, zakrzątało się w Rzymie i wyjednało tam dar koron nowych od papieża. Jakoż w niedługim czasie korony owe złote nadesłano z Rzymu, uroczyście umieszczono je na miejscu skradzionych i tym sposobem projekt daru petersburskiego spełzł na niczym. Opowiadano zdaje się z dosyć wiarygodnego źródła, że w otoczeniu cesarza Mikołaja uprzedzenie przez papieża w nadesłaniu koron z gniewem i oburzeniem przyjęto, bo dobrze może pomyślany projekt nie udał się i fiasko w tej mierze przypisano nie swemu niedołęstwu i opieszałości, lecz jak zawsze „polskiej intrydze” i jezuickiej przewrotności”.

Jak widzimy ówcześni zakonnicy mogli być (niczym współczesny nam pan Reszka) zwykłymi przebierańcami i ludźmi działającymi na zlecenie. W owych czasach jednak prowokacje i ich osąd były sprawami poważnymi i poważnymi były ich konsekwencje. Macoch poszedł do więzienia i tam zgnił. Reszka natomiast, może nie do końca życia, ale do końca kwartału, będzie liczył kasę ze zlecenia i zapewne zgnije nie podejmując próby przebrania się za muzycznego działacza jazzowego, albo filmowca.

Tak, tak czasy się zmieniły.

Stąd mój apel. Gdy ktoś stanie przed nami z cenną monetą i zaproponuje jej wygranie, jeśli zgadniemy „Orzeł, czy reszka ?”, spójrzmy mu głęboko w oczy i zaproponujmy inną opcję. Zakładam, że zaskoczony autor jedynie słusznych wyborów, odwracając nieco wzrok zapyta; „Jaką opcję?”. Wtedy weźmy od niego monetę i powiedzmy, że chcielibyśmy ją przeznaczyć na zbożny cel, ot choćby budowanie Towarzystwa Dobroczynności.

Po uzyskanej odpowiedzi powinniśmy poznać, czy jego intencje były szczere…

 

A tu wspomnienia Stanisława Srzednickiego. Póki co (19:25)… wartości monety.

 

https://allegro.pl/oferta/stanislaw-pomian-srzednicki-moje-wspomnienia-8479967464



tagi: orzeł  powstanie styczniowe  reszka  rzut monetą  stanisław srzednicki 

betacool
13 września 2019 20:02
7     1256    9 zaloguj sie by polubić
komentarze:
boomerang85 @betacool
13 września 2019 21:07

"Czytałem jego zapiski po ogromnej dawce pamiętników napisanych przez polskich socjalistów. Wiecie czym się różnią? Srzednicki wiele kart poświęcił swojej rodzinie i są to karty pisane pięknie i z czułością. Socjaliści wspominali o swych rodzinach zazwyczaj tylko w rozdziałach, które dotyczyły okoliczności ich urodzin i młodości. "

 

Socjaliści to wogóle ludzie, którym się wydaje, że potrafią kochać bardziej niż inni, pewnie dlatego oni - właśnie ze względu na to - zostali wybrani, aby zaprowadzić dobrobyt na ziemi.

 

Jestem w trakcie czytania wspomnień I. Mościckiego i on tam pisze, że jego ojciec po Powstaniu Styczniowym zamknął się w sobie i w ogóle nie poświęcał uwagi swoim dzieciom, no ale pan Ignacy i tak bardzo ojca kocha. Trochę mi z tym kochaniem się nie klei, no ale może ja się na tym nie znam. Z resztą przeczytałem jakieś 4 rozdziały i on tam już chyba ze 3 razy wtrącił, jak to kogoś bardzo nie kocha, czy żonę, którą chce przerobić na swoją modłę (co jest podstawowym warunkiem miłości:)), czy też siostrę. Czego to się nie robi dlatego, żeby inni nas dobrze postrzegali.

zaloguj się by móc komentować


gabriel-maciejewski @betacool
14 września 2019 07:40

Wiesz co, z tym odwołaniem występu było tak - przyszliśmy obydwaj, w różnym czasie, a oni to odwołali, nie informując żadnego z nas. I wpuścili Jakubowską

zaloguj się by móc komentować

betacool @boomerang85 13 września 2019 21:07
14 września 2019 08:58

Kilka dni temu zamieściłem pod postem Coryllusa, opowiadającym o syfilisie w służbie popularyzacji link do książki " Epoka hipokryzji" - takiej "najodważniejszej książki historycznej roku" - oczywiście z gołymi pośladkami na okładce. Największą hipokryzją zlepioną ze wszystkich zamieszczonych tam "ciekawostek historycznych" jest ich oderwanie od ludzi, którzy ten "syfilis" tu zawlekli. Wielu z nich do degeneraci w sanacyjnych frakach - ludzie niezdolni do uczuć, kierowani  potężnymi żądzami.

 

zaloguj się by móc komentować

betacool @jolanta-gancarz 13 września 2019 23:43
14 września 2019 09:09

Czytając te wspomnienia wiedziałem, że skądś to dobrze znam. Ale słowo daję nie pamiętałem skąd. A tekst Coryllusa ponadczasowy. Z chyba już na zawsze aktualną pointą:

"Po co ja to wszystko piszę, kiedy tyle spraw wokół domaga się komentarza i analizy? Po to by uzmysłowić sobie i innym jak mało zmienił się ten świat od roku 1910, jak niewiele różnią się metody pracy komisarza Denisowa dziś i wtedy, jak blisko dzisiejszym sędziom do sędziego Wołkowa i jak to wszystko razem zaczyna zmierzać w znanym nam już kierunku. Szkoda tylko, że dziś Kraków i Katowice nie są za granicą, bo wtedy mielibyśmy chociaż rzetelne relacje dziennikarskie z tego co się wokół nas dzieje, a bez tego skazani jesteśmy na blogi i własne domysły".

Cieszę się z tego, że od Srzednickiego dowiedzieliśmy się, że także jasnogórski obraz był obiektem tej rozgrywki. 

zaloguj się by móc komentować

betacool @gabriel-maciejewski 14 września 2019 07:40
14 września 2019 09:13

O cywilizowanym podejściu nie było więc mowy. Orzeł okazał się jedynie orlikiem, a główne skrzypce na strunach Jakubowskiej gra gość ukrywający się pod pseudonimem ZŁ.

zaloguj się by móc komentować

ArGut @betacool 14 września 2019 09:13
14 września 2019 09:22

Nic dodać, nic ująć pan PLN rządzi. Zarobieni mają być zarobieni a treść się UKRADNIE.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować