-

betacool

W chruśniakowym maliniaku. Rzecz o dysonansie poznawczo - lirycznym.

 

makulektura.pl

 

Niedzielne cudka z Beta-ogródka

W chruśniakowym maliniaku.

Rzecz o dysonansie poznawczo - lirycznym.

 

 

Pamiętacie pewien wiersz Leśmiana, który jakoś kojarzy się z tym tytułem? E, pewnie większość z Was już dawno zapomniała. Ja tak do końca nie zapomniałem, bo jego lektura była dla mnie swego rodzaju wstrząsem. Jako młody licealista miałem bowiem sporadyczne kontakty z realnym malinowym chruśniakiem.

To było coś naprawdę ohydnego. Straszny gąszcz zielonych pędów i zeschłych badyli powiązanych pędami powojów, albo innych występujących w Polsce lian, których istnienia nikt nawet nie podejrzewa, dopóki się w nie nie zaplącze. Masy paskudnych roślin, które przyczepiają swe nasiona do każdego skrawka materii. Do tego pajęczyny, stada unoszących się owadów i konsekwentnie namolnych gzów, które tną z jakąś dziką rozkoszą.

Ta właśnie dzika rozkosz, to chyba jedyny element, który można było jakkolwiek skojarzyć z erotyzmem, a tu po powrocie z wakacji, w czasie których zbierałem sporo malin, polonistka recytuje nam takie coś:

 

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym oka mgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie - oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.

 

Przyznam, że miałem niezłą jazdę z tym tekstem, bo wiersz stał w takiej sprzeczności z moimi realnymi przeżyciami, że całą twórczość Leśmiana wyparłem, aż do czasu egzaminu z literatury dwudziestolecia międzywojennego.

Zdawałem go u (wtedy jeszcze doktora) Stefana Chwina. To było drugie podejście (tak zwana kampania wrześniowa) i zostałem trafiony niezłą bombą. Miałem porównać poezję Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej z wierszami.... Leśmiana.

Oj, co to było za przeżycie. Myślałem, że wonią swego ciała wypełnię cały pokoik, w którym trwał egzamin (tak się pociłem), na szczęście „porwałem” swoje „dłonie” nie dotykając nimi „spoconego czoła”, bo na tychże dłoniach miałem zanotowane daty wydań i tytuły tomików Jasnorzewskiej. To było aż kilkanaście pozycji! Tym zapunktowałem, a resztę jakoś wydedukowałem, a ten rozjazd Leśmiana z rzeczywistością był jednym z głównych punktów, o które oparłem swój wywód. Zdałem na czwórkę.

 

Teraz chyba pora wyjaśnić, po co ja się przez te maliniaki, czy chruśniaki, jako licealista przedzierałem.

Otóż dawno temu jedna z sąsiadek dała rodzicom przepis na wino owocowe z zielonego agrestu. Proporcje przyrządzania były proste – jeden litr soku, dwa litry wody i jeden kilogram cukru. Wino wyszło przepyszne, a ja stwierdziłem, że skoro to jest takie banalne, to spróbuję przyrządzić wina z innych owoców. No i się zaczęło. Rozwijałem tę działalność dość konsekwentnie i w wakacje przed klasą maturalną miałem w ogromnych butlach  bąbelkujące 100 litrów wina. 40l agrestowego, 40 l z czerwonej porzeczki i dwa małe baniaczki po 10 l wina z czarnej porzeczki i z malin. Te dwa ostatnie miały nieprawdopodobny kolor i były bajecznie pyszne.

Domyślacie się, że przez tę trunkową produkcję byłem chętnie zapraszany na wszelkie imprezy, a część tego blasku spadła nawet na moją młodszą siostrę.

Wybór oficjalnie sprzedawanych trunków w owym czasie był naprawdę żałosny, a katowanie dziewczyn wydzierganą jakimś cudem flaszką Vistuli, czy Żytniej nie budziło ich entuzjazmu. Za to wino pociągane z dużych kieliszków, które stały w szafkach i czekały latami na moment, w którym ktoś zdecyduje się je czymś wypełnić - to było to!

Powiem Wam, że te półprzymknięte oczy nad lampką szkarłatnego trunku, miały w sobie więcej erotyzmu niż cały ten wiersz Leśmiana.

I tak się zastanawiam, czy gdybym napisał o tym jakiś erotyk, to czegoś bym w ten sposób potężnie nie sknocił…

 

 



tagi: wino maliny 

betacool
17 września 2017 11:24
23     2644    9 zaloguj sie by polubić
komentarze:
parasolnikov @betacool
17 września 2017 11:32

Uczyłem się tego na pamięć w technikum.

PS. możesz zajrzeć na pocztę wewnętrzną sprawa jest :)

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @betacool
17 września 2017 12:01

Ubawiły mnie te spocone pomoce naukowe wewnetrznej strony dłoni ;) 

Z całym szacunkiem dla zżartych fanów, malinowy chruśniak jest typowym ogierem z dzisiejszego wpisu Gospodarza SN. Ja już pominę fakt, że maliny obniżają gorączkę wszelaką :) No chyba, że autor miał nieznaczne odchylenia w kierunku kaleczenia...ale nic na ten temat nie wiem. A dla wszystkich tych, którzy nabierają się na metaforę rozkosznej dzikości w kłujących pędach malin jedna rada: żółta malina jest zdrowsza od czerwonej ;)

zaloguj się by móc komentować

Stalagmit @betacool
17 września 2017 12:16

Istnieje wersja, mówiąca, że "malinowy chruśniak" Leśmiana to kolczaste zarośla na zboczu Góry Zamkowej w Iłży...

zaloguj się by móc komentować

Shork @betacool
17 września 2017 12:25

Mój dysonans liryczno-poznawczy związany jest również z Leśmianem. W podręczniku,  obok tego cudu erotyki widniało niezbyt udane zdjęcie Leśmiana, na którym wyglądał jak stary, obleśny dziad.

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @Shork 17 września 2017 12:25
17 września 2017 12:53

nie było chyba tak źle ;) w prawdzie Leśmian urodą, ani wzrostem nie grzeszył (ten chruśniak mógł być wyższy niż poeta, bo ten miał zaledwie 155cm), ale miał pewno dopiero ok. 40-stki, kiedy na tych zboczach wspomnianych przez Stalagmita, z młodszą od siebie o 7 lat, panią Lebenthal ponoć zbierał maliny. 

A co do dyzonansu jeszcze jeden kamyczek: Leśmian był potwornym palaczem, więc nie ma opcji, żeby mógł czuć jakąkolwiek woń ;)

 

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @betacool
17 września 2017 12:55

Przecudna notka tylko poproszę o jakieś szczegóły technologiczne do tego wina z czarnej porzeczki i z malin, bo mam nadwyżki na działce a ile można smażyć konfitur i dżemów:))) Poezja Pawlikowskiej Jasnorzewskiej w moim rodzinnym domu powodowała niejednokrotnie brak obiadu na czas, bo Matka "była zaczytana":))) Natomiast Leśmian jakoś się "nie przyjął". Ja osobiście "odkryłam" dla siebie sztuki dramatyczne Pawlikowskiej Jasnorzewskiej. Miały w sobie wiele uroku a z perspektywy katastrofy dziejowej, jaka się przewaliła, są nawet czymś w rodzaju dokumentu.

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @pink-panther 17 września 2017 12:55
17 września 2017 13:12

tak, Pawlikowska-Jasnorzewska chyba bardziej przekonywała kobiety i był okres, kiedy w domu łatwo było robić prezenty świąteczne ;))

 

zaloguj się by móc komentować

betacool @parasolnikov 17 września 2017 11:32
17 września 2017 13:15

Chyba to "ogiernąłem".

zaloguj się by móc komentować

betacool @ainolatak 17 września 2017 12:01
17 września 2017 13:24

Notkę Coryllusa czytałem z prawdziwą przyjemnością, bo po zamieszczeniu mojej i refleksją, że najlepszym testem na erotyczość chruśniaka byłoby wpuszczenie tam parki tej pobudliwej odmiany szympansa. Nie sądzę żeby zabrały się za coś innego niż opędzanie od gzów...

A to by świadczyło o niezwykle wysokim poziomie leśmianowych niezaspokojeń.

zaloguj się by móc komentować

parasolnikov @betacool 17 września 2017 13:15
17 września 2017 13:32

Na to wygląda! Dzięki.

zaloguj się by móc komentować

betacool @pink-panther 17 września 2017 12:55
17 września 2017 13:39

W butlę do wina wlewamy płyn zrobiony w podanych przeze mnie proporcjach. 

Sekret jest w soku, który nie powinien być robiony w sokowniku, lecz wyciskany na zimno. Wtedy nie zabija się zawartych w owocach naturalnych drożdży i żadnych drożdży nie musimy i nie powinniśmy wtedy dodawać.

Butla musi być wypełniona po podstawę szyjkę. Stawiamy ją w ciepłym miejscu. Wino zaczyna pracować - to z porzeczki nawet bardzo mocno. Gdy bąbli jest masa w szyjce zbierają się różne resztki. Wydobywamy je małą łyżeczką, a ubytki w butli uzupełniamy wodą z cukrem. Jak fermentacja wyraźnie zwolni, nakładamy korek z rurką uszczelniamy plasteliną i sobie patrzymy jak puszcza w tej rurę bąbelki. Jak przestanie, to rozlewamy do butelek. To jest przepis na słodkie wino. Ma tę zaletę nad wytrawnym,  że się nie psuje. 

Trzeba wlot butli chronić przed muszki owocówkami. Najlepiej kawałkiem gazy.

Uwaga na dojrzałe czerwone porzeczki. W pierwszą noc po zalaniu butli, wykipiało mi kilka litrów, tak gwałtownie mogą fermentować.

 

zaloguj się by móc komentować

Rozalia @betacool
17 września 2017 14:41

Metafora - dziewczyna jak malina. Gdyby wyobrazić sobie twarz w czerwono sine gruzły, a pomiędzy nimi wystające sztywne kłaki, to byłby marny komplement. Ale jeśli urodę, woń :))) i smak owoców, to jak najbardziej, komplement miły. 

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @betacool 17 września 2017 13:24
17 września 2017 14:44

zgadza się, czego jak czego, ale wysokiego poziomu niezaspokojeń i wyobrażeń Bolesławowi nie brakło 

jednak bonobo widziałam i nie byłabym pewna, co do opędzania się od gzów....

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @betacool 17 września 2017 13:15
17 września 2017 14:44

:)) to jest hit dnia 

zaloguj się by móc komentować

Rozalia @ainolatak 17 września 2017 12:53
17 września 2017 14:47

Pamiętał z dzieciństwa.  :)

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @Rozalia 17 września 2017 14:47
17 września 2017 14:49

no, ale to znowuż niezaspokojenie albo wyobrażenie :)

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @betacool 17 września 2017 13:39
17 września 2017 16:15

Serdeczne dzięki!!! Na szczęście mam stare nawyki i nie używam żadnych "sokowników" bo wychodzi "zupa"
 a nie "sok". Podoba mi się ta "korek z rurką uszczelniony plasteliną":))) Polak potrafi. I w dodatku dary Boże się nie marnują.

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @ainolatak 17 września 2017 13:12
17 września 2017 16:17

Nie wiem jak było "z kobietami" ale państwowe wydawnictwa w PRL w pewnym momencie "postawiły na Pawlikowską Jasnorzewską" i wydały te poezje i dramaty w dwóch grubych tomach, które w naszym domu się zwyczajnie zaczęły rozpadać od ciągłego używania. A obiad był nie ugotowany:))

zaloguj się by móc komentować

Rozalia @pink-panther 17 września 2017 16:17
17 września 2017 16:34

Wolałam siostrę,  Magdalenę Samozwaniec.

zaloguj się by móc komentować

betacool @Rozalia 17 września 2017 14:41
17 września 2017 17:21

Ponoć faceci są jednak wzrokowcami i ta fraza zawsze mi się kojarzyła z dziewczyną z rumieńcami na policzkach. Ze smakowaniem i testowanie zapachu mi się nigdy nie kojarzyło.

Za to u Leśmiana działań na wszelakie zmysły jest naprawdę dużo. Może dlatego tak bardzo podobał się polonistkom...

Swoją drogą przez 12 lat edukacji szkolnej język polski tylko raz miałem z facetem. To były dwa tygodnie zastępstwa...więc na Leśmiana przez zwiększony udział w nauczycielstwie  chromosomu XX, chyba byliśmy po prostu skazani...

 

zaloguj się by móc komentować

MarekBielany @betacool
17 września 2017 23:15

Nie lirycznie: ten przepis to bomba " jeden litr soku, dwa litry wody i jeden kilogram cukru ".

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @ainolatak 17 września 2017 12:53
21 września 2017 16:56

E tam, ja palę jak smok/smoczyca, a mogę węchem robić za psa gończego. Znaczy - tropiącego raczej :)

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @betacool
21 września 2017 17:03

Cudna notka, z opisem chruśniaka malinowego zwłaszcza! Brrrrr..................

A w lasach w takim maliniaku chruśniakowym są dodatkowo jeszcze żmije. Bo maliniak na słońcu rośnie, a żmije kochają ciepełko. Uciekajmy!!!

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować