-

betacool

W labiryncie sowich zwierciadeł

Poezja i humanistyka są tylko po to, żeby maskować melanż burdelu ze śmietnikiem.

copyright by Valser

 

Krążąc wokół błazeńskiej tematyki zawędrowaliśmy do malej niemieckiej mieściny Dülken.

Może to tylko moje wrażenie, a może ono udzieli się również Wam. Wydaje mi się, że spacer po tym miasteczku będzie trochę przypominał jedną z ostatnich scen z filmu „Wejście smoka” – scenę z gabinetem luster, w którym nie można posunąć się nawet o krok, jeśli nie będzie się tłukło kolejnych szklanych tafli.

Dülken to miasto, które do dziś szczyci się akademią błaznów, założoną podobno w 1554 roku. Powołano ją pod nazwą Illuminata universitas lunaris, co można próbować tłumaczyć jako Uniwersytet Oświecany Księżycem, a może Oświeconym Uniwersytetem Księżycowym… W każdym razie powstanie organizacji, której członków nazywamy illuminatami możemy próbować datować dużo wcześniej niż sugerują to niektóre encyklopedie. Przy okazji warto nadmienić, że jednym z ich odłamów zawiadował nasz (nie wiadomo jakim światłem oświecony) rodak.

Tradycja, do której odwołuje się muzeum akademii z Dülken (Narrenakademie) wielką chochlą czerpie z tematyki związanej z Sowizdrzałem. Polska nazwa tej postaci wywodzi się z niemieckiego Eulenspiegel co można tłumaczyć jako "sowie zwierciadło". Dla niektórych pochodzenie słowa jest nieco bardziej złożone i niekoniecznie wiąże się ze słowem die Eule – "sowa". Alternatywny źródłosłów jest równie intrygujący i wiedzie nas do starodolnoniemieckiego ulen – "wytrzeć" oraz spegel – "zwierciadło" lub "tyłek". Ul'n spegel oznacza również "wytrzyj mi tyłek" lub bardziej dosadnie - "pocałuj mnie w dupę".

O dziwo sowizdrzalska tradycja odsyła nas w tym momencie do Gdańska i do niegdyś ciepłych, a dziś nieco już wystygłych ozdobnych kafli Dworu Artusa. Dowcipni gdańszczanie oprowadzający gości po wspaniałym Dworze Artusa proponowali im zmierzenie szerokości wielkiego pieca. Przybysze próbowali objąć ramionami piec u jego podstawy, a pomiary te kończyły się mimowolnym pocałunkiem składanym na gołych pośladkach Sowizdrzała.

Trudno nie zauważyć, że koncept dowcipnych gdańszczan posunął się jeszcze dalej. Otóż niewątpliwy patronat nad nagim tyłkiem wesołka roztoczył dumnie biały orzeł. Tak naprawdę góruje on nad błazeńska triadą, bowiem pod sowizdrzałowym kaflem znajdują się dwa kolejne z błazeńską parą dzierżącą berła.

Trzeba przyznać, że podstawa pieca, by nie rzec baza - bardzo solidna. Jej nadbudowę stanowią setki kafli z wizerunkami zadowolonych gdańskich mieszczan. Tych błazeńskich odwołań jest w Dworze Artusa nieco więcej. Jednak nie Gdańsk miał być naszym obiektem zwiedzania. Trzeba trzasnąć w to lustro, by przemieścić się o krok dalej.

Niestety gdy spróbujemy to uczynić, okaże się, że nie skończyliśmy jeszcze tematu językowych przygód ze słowem „sowizdrzał”. Niektórzy znawcy twierdzą, że jego źródło może mieć jakiś związek znaczeniowy z wieżą, której szczyt określano również słowem Eule. Obawiam się, że ci fachowcy od języka nie biorą pod uwagę, ze na szczycie wież często gnieździły się sowy i że nazwa może pochodzić wprost od nich. W sumie nieważne – tłuczemy i to lustro, żeby pójść dalej.

Niestety idzie się kiepsko, bowiem już w następnym kroku pakujemy się na przed chwilą wspomnianą wieżę. Na szczęście nie zboczyliśmy za bardzo, bowiem jest to wieża z herbu miasta Dülken. O dziwo na jej szczycie wcale nie ma sowy:

Jest za to jakiś lew, który wyciąga w jej kierunku swe pazurzaste łapy. Po krzyżu umieszczonym na jej szczycie wieży domyślamy się, że jest to kościół.

Najokazalszą i chyba najstarszą świątynią w tej niemieckiej mieścinie jest kościół pod wezwaniem świętego Korneliusza, który wyrósł z murów klasztoru bractwa Zakonu Świętego Krzyża. Ten stary sięgający korzeniami wypraw krzyżowych zakon, miał w jakiś niedokońcarozpoznany sposób przyczynić się do powstania błazeńskiej akademii.

Przyjrzyjmy się zatem kościelnym wieżom w Dülken. Patronem świątyni z najbardziej okazałą wieżą w mieście, jest święty Korneliusz. Zasłynął on (jeszcze w czasach rzymskich) swoimi poglądami na temat ponownego przyjmowania na łono Kościoła tych, którzy w czasie prześladowań wyparli się wiary. Korneliusz uważał, że należy ich przyjąć, gdy wypełnią zadaną pokutę. Drugim patronem tej samej parafii jest święty Piotr, który jak dobrze pamiętamy także przeżył chwile słabości. Spacer po kościołach w Dülken zakończymy odwiedzinami w parafii świętego Ulryka. Kościół wygląda na nowy, ale kto wie jak długą historię ma parafia. Niestety nie jestem w stanie jej odtworzyć. Nas może zaciekawić fakt, że w X wieku Ulryk był biskupem Augsburga, bronił miasta przed najazdem Węgrów i do dziś jest jego patronem. Do bractwa świętego Urlyka należał jeden z bohaterów corylussowych „Baśni” – Jakub Fugger.

Nie mniej intrygujący jest Zakon Świętego Krzyża (Orden vom Heiligen Kreuz), który lokował swe klasztory w Holandii, Francji i Anglii, Nadrenii i Westfalii. Zakonnicy pozostawali w bliskich związkach z zakonem augustianów, by razem z nimi wpaść w dość bystry nurt reformatorski zwany „devotio moderna”. Podobno gruntowniejsze reformy zakonu miały miejsce w 1410 roku, ale nie objęły swym zasięgiem klasztorów w Anglii.

Zwolenników „nowoczesnej dewocji” nazywano Braćmi Wspólnego Życia. Była to społeczność ludzi niezwiązanych ślubami zakonnymi, coś a la kluby inteligencji katolickiej. Najważniejszym zadaniem braciszków miało być dzieło nauczania i doskonalenie kunsztu pisarskiego, stąd prowadzone przez nich szkoły i skryptoria, a także drukarnie. Członkowie stowarzyszenia mieli żyć w ubóstwie, czystości i parać się dwoma niekontrolowanymi przez cechy lub gildie zawodami: kopisty manuskryptów oraz kucharza. Była też trzecia możliwość - mogli zarabiać ucząc dzieci. Z ruchem tym, posądzanym długimi chwilami o herezję, sympatyzował Erazm z Rotterdamu.

Gdy spojrzymy na twórczość Erazma, to przekonamy się jak bardzo bliska jego sercu była sprawa uczenia od małego. Jednak sądząc po tytułach dzieł, ten erudyta z portowego miasta, był zwykłym seksistą, bowiem zależało mu głównie na (oby tylko charakterologicznym) szlifowaniu małych chłopców („Mowa o konieczności kształcenia chłopców zaraz od urodzenia w cnocie i naukach”, „O wytworności obyczajów chłopięcych”).

W mojej krótkiej wycieczce po dziełach Erazma wspomnę, że do dziś nie przetłumaczono na język polski jego traktatów „O sposobie pisania listów” i „O księgach które zowią język”. Niedawno zmarła profesor UJ Wacława Szelińska twierdziła, że książki te w XVI wieku budziły ogromne zainteresowanie wśród „środowisk studenckich i inteligencji mieszczańskiej braci akademickiej” Krakowa. Szczególnie zaintrygowany był krakowski i angielski akademik - Leonard Coxe, który wysłał do Erazma list z prośbą o interpretację jednego z fragmentów księgi o listach. Podobno nawet otrzymał odpowiedź, ale do jej treści nie dotarłem. Księgi, które zowią język trzeba uznać za podręcznik poetyki, której uczył w Krakowie Konrad Celtis (taki spec od zakładania naukowych kółek zainteresowań rozsianych od Polski po Węgry). Łacińskie podręczniki do poetyki (swego czasu popularne i budzące żywe zainteresowanie) wyszły jednak po jakimś czasie z obiegu, a ja nie czuję się na siłach, by podjąć trud odwrócenia tego trendu. Podążę więc dalej…

Pomnikowym dziełem Erazma jest „Pochwała głupoty”. W tej księdze odrodzeniowy mędrzec postanowił nobilitować głupotę, a wraz z nią postać błazna. Erazm uznał głupotę za siłę napędową rozwoju ludzkości. Z kolei błazeńskie sądy nad władzami miały skrócić dystans między prostym człowiekiem a władzą i zredukować sztuczny dystans i strach. Nie była to pierwsza ważna księga tego nurtu.

W 1494 roku w Bazylei Jan Bergman von Olpe wydał bowiem poemat pod tytułem „Narrenschiff”, co możemy tłumaczyć jako „Statek głupców” albo „Okręt błaznów”. Warto obejrzeć rycinę, którą posługiwał się von Olpe jako wydawca, pozwoli ona bowiem na to, by po raz kolejny zakręcić, a może cofnąć się o krok w naszym lustrzanym labiryncie.

Mamy tu lwa, tyle że nie drapie on wieży. Jego pazury opierają się o herb. Łacińska sentencja z ryciny mówi, głosi „Nic bez przyczyny”, więc może nie bez powodu lew dzierży w swych łapach herb Fuggerów?

Tuż po dziele Erazma na ówczesny rynek wydawniczy zawitał inny bestseller. Tym razem były to przygody Dyla Sowizdrzała. Zostały opublikowane anonimowo w 1510 albo 1511 roku.

Trzeba przyznać, że na pełny polski tekst przygód Sowizdrzała i „Okręt błaznów” przyszło nam czekać aż do XXI wieku. Niepełne (prawdopodobnie ze względów cenzuralnych) wersje przygód pojawiały się w wielu polskich wydaniach, ale w antykwariatach nie ma po nich śladu. Te XXI-wieczne książkowe wydania są albo niedostępne (Sowizdrzał) albo drogie (Okręt) – co w sumie nie dziwi bowiem wydanie jest bogate w stare ryciny, których autorem jest sam Albrecht Dűrer. Jedyna dostępna antykwaryczna zdobycz, która może wpaść Wam w ręce to przeróbka sowizdrzałowych przygód dokonana przez Karola de Costera, w której ojciec Dyla Sowizdrzała kończy na inkwizycyjnym stosie, a jego syn jako antysystemowy buntownik.

W tym momencie nie sposób pominąć piosenki Jacka Kaczmarskiego p.t. „Epitafium dla Sowizdrzała”.

Jej wydźwięk to pocisk z propagandowej armaty jeszcze grubszego kalibru, bowiem nasz gitarowy bard pali Sowizdrzała na inkwizycyjnym stosie. Dym z Dyla rozchodzi się po mieście, a jego niczego nie świadoma matka ociera w tym czasie przy pracy łzy, „bo jej w oczy dymi”. Koniec piosenki ma nas ścisnąć za gardło jak odór spalenizny z renesansowych krematoriów:

Już i popiół wygasł w chłodzie,
Palenisko wymieciono,
Krąży plotka po narodzie
Że heretyk spłonął.

Mamy więc dwie reinterpretacje opowiadające o walce z systemowym inkwizycyjnym zniewoleniem, z którym można się zmagać śmiechem, albo gorzką ironią, przemienioną w wyniku kościelnych opresji w jeszcze bardziej gorzki dym.

Ech teraz to już chyba wznieśliśmy się z tymi dusznymi kłębami ponad nasz labirynt. Pora wracać. „Oryginalny” Dyl” umierając dysponował złotem, został złożony w trumnie brzuchem do dołu, a pochowany na stojąco, a kto wie czy nie głową do dołu. Jego grób został nakryty głazem. Przyznam, że taki pochówek nosi w sobie wiele cech pochówku antywampirycznego.

Kto wie, czy na ślady podobnego grobu nie natknął się dobrze nam znany Hamlet. O ile wszyscy pamiętają, że ten dotkliwie odczuwający brak antydepresantów bohater, łaził sobie z czaszką i do niej gadał, to nie wszyscy pamiętają, że była to czaszka błazna. Nie mogę się oprzeć przedziwnej chęci i nie przypomnieć, że nieudolnie próbował naśladować Hamleta, Tadeusz Czacki. Ten oświeceniowy luminarz także wydobył z grobu cudzy czerep. Myślał, że jest to czaszka Kochanowskiego. Kto go tam wie, czy nie uważał go przypadkiem za błazna… W każdym razie czaszka błąkała się po hotelu Lambert, a potem po muzeum Czartoryskich (oj jak się kiedyś dowiecie – a dowiecie się na pewno - jakie się tam jeszcze inne rzeczy błąkały to opadną Wam szczęki, a kto wie czy nie gacie - ciekawskich odsyłam do papierowej "austriackiej" Szkoły Nawigatorów"). Po dwustu latach okazało się, że czaszka należała do kobiety. O ile możemy sobie jakoś wyobrazić, że Kochanowski należał do błazeńskiej konfraterni, to tego że był kobietą nie próbowała nam sprzedać nawet „Seksmisja”. Warto w tym miejscu wspomnieć, że jedną z historii pomijaną regularnie w polskich wydaniach przygód Sowizdrzała, była opowieść o tym jak Dyl znalezioną przez siebie czaszkę podawał za relikwię...

Niestety znowu zbaczamy w jakieś odjechane zakamary błazeńskiego labiryntu, a uczyniliśmy w nim ledwie parę nieśmiałych kroków.

W tym momencie warto podjąć próbę odniesienia się do cytatu z Valsera z nagłówka tekstu. Otóż gdańskie wydane Sowizdrzała podejmuje usilne próby zakwalifikowania tego dzieła do literatury operującej „komizmem fekalnym” albo „dowcipem skatologicznym”. Są ku temu mocne przesłanki, bowiem w wielu rozdziałach Dyl podkłada komuś kupę, czyni propozycje całowania się po mniej szlachetnej części pleców. W występie przed polskim królem Sowizdrzał zjada nawet własne gówno, by wygrać błazeński turniej i zarobić trochę kasy.

Jak widzicie interpretacja dzieła jest odmiennie różna, od ścieżki którą próbował wytyczać pod poprzednim wpisem Pioter, twierdzący że jest to hanzeatycki instruktarz do radzenia sobie w różnych miastach, środowiskach i okolicznościach. Nasi humaniści odsyłają tezy Piotera w śmierdzące głębiny wiejskich wygódek i miejskich rynsztoków i jedyne co nam pozostaje to ominięcie tej fury fekaliów, na które natknęliśmy się w naszym labiryncie.

Może podążmy w stronę światła, czyli do erazmiańskiej luminacji. Gdy pochylimy się nad „Pochwałą głupoty” to odnajdziemy w niej takie zdanie:

„Nie ma większego głupstwa niż traktowanie na serio rzeczy frywolnych; ale też nie ma nic bardziej sensownego niż zaprząc frywolność w służbę spraw ważnych”.

Nie wiem, być może to tylko moje wrażenie, ale w tym momencie Erazm staje trochę w poprzek tezom humanistów z Gdańska twierdzących, że kupa to kupa i żeby się w niej niczego nie dopatrywać poza prostackim humorem. Nasz portowy luminarz chciałby bowiem rzeczy frywolne zaprząc w służbę spraw ważnych. Odnoszę wrażenie, że gdyby w Babinie miano powiesić jakiś transparent, to tekst „Frywolność w służbie spraw ważnych” byłby murowanym faworytem. Zanim jednak zawitamy do Polski pora cofnąć się o krok i napisać słów parę o historii błazeństwa.

Najstarsze towarzystwo błazeńskie, o którym wiemy z zachowanych wzmianek, zostało założone w 1381 r. w Kleve (mieścina oddalona od Dulken o 90 km). Uczynił to nie byle prostak, ale hrabia de la Marc von Kleve – oraz 35 innych ponoć całkiem zamożnych panów. Nazwali się Rycerzami Zakonu Błaznów. Podobno bractwo korzystało z dużej swobody, która wiązała się z opisywanym już przeze mnie błazeńskim immunitetem. Herb hrabiów Kleve to nic innego jak znana nam z błazeńskich ubiorów dwubarwna szachownica. Zapewne czystym przypadkiem jest fakt, że jedną z beneficjentek testamentu Jakuba Fuggera była córką przedstawiciela tego rodu, a kolejna z pań tego rodu została żoną Henryka VIII.

Błazeńskie konfraternie niczym współcześni kabareciarze, potrafili przekuć drwiny z ludzi na kasę. Porą żniw był karnawał. Szef lokalnej loży szyderców zbierał donosy i plotki. Najchętniej takie, które nie dotyczyły lokalnych płotek. Gromadzono informacje na temat skandali obyczajowych, oszustw, romansów. Gdy przychodził karnawał, tłum wesołków rozpoczynał obyczaj nazywany „kocią muzyką”. Towarzycho szło w miasto od drzwi do drzwi i darło się w niebogłosy szydząc ze słabostek swoich ofiar. Można było zaoszczędzić wstydu szybko płacąc okup.

Sposób wykorzystywania błaznów dość szybko ewaluował.

Otóż nie kto inny jak Józef Ignacy Kraszewski, który (jak uważni czytelnicy pamiętają) wystawił wspaniałe świadectwo naszemu Stańczykowi, pisał również o innym błaźnie. We „Wspomnieniach Wołynia, Polesia i Litwy” znajdziemy fragment, że błaznów, szczególnie upodobali sobie komturzy krzyżaccy. Takim groźnym szpiegiem był niejaki Henne przysłany Witoldowi przez wielkiego mistrza zakonu. Znamy jego list do swego pryncypała, w którym informuje z detalami co dzieje się na dworze księcia Litwy. Raport jest nadzwyczajnie detaliczny.

O swoich podejrzeniach dotyczących samego Stańczyka już pisałem. Od tamtej pory doszperałem się jeszcze jednego epitafium Stasia Gąski, o którym historycy i historycy literatury wspominają bardzo niechętnie. Jego autorem jest Jan Smolik i nosi on tytuł Nagrobek Gąsce, błaznowi pana krakowskiego Bonara”. Pamiętliwi czytelnicy coryllusowych „Baśni” doskonale wiedzą, że rzeczony Bonner dowodził krakowskim przedstawicielstwem Fuggera. Wedle tego utworu Staś Gąska, będący zdaniem wielu badaczy prymitywem i osobą nie mającą nic wspólnego z mądrym Stańczykiem, tu jawi się jako osoba zapewniająca bankierowi bardzo wyszukane formy spędzania czasu.

„…Dyskurs, rozrywkę, łacinę, książki

Od nieboszczyka miał Stasia Gąski”.

Nawet Krzyżanowski, który twierdził, że Gąska i Stańczyk to ta sama osoba, wspomina o tym wierszu bardzo zdawkowo. Chyba się nie dziwię, wszak poszlaki, że błazen starego króla rozweselał władcę tyle, że finansów, trochę zanadto odbiegałyby od wyobrażeń gawiedzi.

To jeszcze nie koniec opowieści o agenturalnej przeszłości błaznów.

Szukając związków między błaznami a Augsburgiem dotarłem bo portretu błazna. Jego nazwisko brzmi bardzo arystokratycznie – Kunz von der Rosen. Okazuje się, że był on błaznem cesarza Maksymiliana I. Najbardziej zasłynął akcją a la James Bond. W 1488 roku Maksymilian dostał się do niewoli. Siedział sobie spokojnie w więzieniu w Brugii (i w tym samym czasie nieco mniej spokojnie w kieszeni u Fuggerów), a tu niespodziewanie w jego celi pojawił się ksiądz. Okazało się, że nie był to jednak ksiądz, tylko błazen Kunz, który zaproponował Maksymilianowi zamianę strojów i ucieczkę. Maksymilian, który był osobą wierzącą w ideały rycerskie nie zgodził się na to, gdyż uważał, że takie postępowanie jest niehonorowe. Maksymiliana w końcu wykupiono za pieniądze pożyczone od Fuggera. Nie wiem jak Fugger zareagował na wiadomość o nie podjętej ucieczce. Myślę, że na początku nie mógł pojąć jak można było nie skorzystać z okazji. Potem to przemyślał i stwierdził, że odsetki z kwoty przeznaczonej na wykup to interes dużo lepszy niż strata bardzo użytecznego błazna…

Wiem, wiem tekst się ciągnie jak droga z Hiszpanii do Augsburga. Pora kończyć. Postąpię niestandardowo. Jednym z błazeńsko-sowizdrzalskich atrybutów jest lusterko. Dotychczas próbowałem je kolejno tłuc, ale teraz postąpię inaczej. Oto cytat z książki „Fuggerowie”

”…ponieważ nawet konni posłańcy tygodniami byli w drodze, Jakub myślał już o przyśpieszeniu przesyłania wiadomości. Szczególnie pilne meldunki były przekazywane –co prawda tylko za dnia i przy słonecznej pogodzie –za pomocą sygnałów dawanych lustrem. Podobno dzięki temu można było w ciągu dwóch godzin przesłać wiadomość z południowej Hiszpanii (…) do Augsburga”.

Ta książka nam wkrótce kilka spraw wyjaśni.

https://allegro.pl/oferta/fuggerowie-8468879467

Poszukamy odpowiedzi, czy hanzeatycki Sowizdrzał słusznie rozpościera na gdańskim piecu swe dupsko ponad Fuggerowymi błaznami. Przy okazji pogadamy o błaznach z „Matką Boską Częstochowską” na piersiach i o pewnej książce profesora Geremka.

Nie to jeszcze nie koniec! Jeśli Wam się wydaje, że lustrzany labirynt już za Wami i że o już prawie błaznach wiecie wszystko, to MUSICIE tu zajrzeć.

Oto posłowie do polskiego tłumaczenia „Okrętu błaznów”.

Bardzo proszę, proszę wycieczki, każdy bierze młoteczek i próbuje tę ścieżkę przejść!

Jest też wersja dla mniej zaawansowanych, o czym mówi sama nazwa, bo to statek głupców.

 



tagi: fugger  lustro  błazen  akademia błaznów  statek błaznów  dulken  sowizdrzał  bruce lee  foggerowie  von olpe  

betacool
8 września 2019 00:30
22     1856    19 zaloguj sie by polubić
komentarze:
gabriel-maciejewski @betacool
8 września 2019 07:54

Jak to dobrze, że ci durnie z akademii są tylko kukłami i nie mają wpływu na rynek i sprzedaż. Już by było po nas. 

zaloguj się by móc komentować

zw @betacool
8 września 2019 08:20

"Frywolność w służbie spraw ważnych" to kapitalny tekst. Duży plus.  

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @betacool
8 września 2019 08:20

W końcu! :) Już nie mogłam się doczekać.

należy Ci się 50 dylów, czyli plusów

zaloguj się by móc komentować

Pioter @betacool
8 września 2019 09:22

Wieżę w herbie Dülken raczej kojarzyłbym z  Narrenturm czyli ze szpitalem dla obłąkanych prowadzonym przez jakiś klasztor. Budynków kościelnych w heraldyce miejskiej się nie stosowało. Stosowało się natomiast odwołanie do świętych patronów miast, ale to w sposób mocno symboliczny i trzeba naprawdę fachowej wiedzy, aby większość z tego zapisu dziś odszyfrować.

Heraldyka miejska jest też późniejsza o około 100 - 200 lat od healdyki szlacheckiej. Jej zadaniem było uwierzytelnianie dokumentów, a nie umundurowanie czeladzi - żeby nie atakować swoich w przypadku bitwy.

zaloguj się by móc komentować

betacool @Pioter 8 września 2019 09:22
8 września 2019 10:36

Szpital teź możliwy. Bracia zakonni od krzyża prowadzili ponoć sieć szpitali przyklasztornych na najważniejszych szlakach pielgrzymkowych.

Ale lew walczący z kościołem i tak pozostanie pierwszym skojarzeniem.

zaloguj się by móc komentować

parasolnikov @betacool
8 września 2019 10:59

No średniowieczna telekomunikacja, między błaznem, a zwierciadłem. Z jednej strony, to nie jakaś fizyka jądrowa użycie luster, z drugiej nie lada przedsięwzięcie. Bardzo ciekawe. 

zaloguj się by móc komentować

betacool @betacool
8 września 2019 11:13

Ty lepiej przeczytaj końcówkę posłowia do Okrętu i nam coś opowiedz o programie Theophilos.

zaloguj się by móc komentować

betacool @parasolnikov 8 września 2019 10:59
8 września 2019 11:14

Bo ja na programach komputerowych się nie znam.

zaloguj się by móc komentować

parasolnikov @betacool 8 września 2019 11:13
8 września 2019 11:19

No ok ale to musicie się uzbroić w cierpliwość, bo dlugie to, a ja na zegarku jestem .

zaloguj się by móc komentować

betacool @parasolnikov 8 września 2019 11:19
8 września 2019 11:24

Dobre rzeczy potrzebują czasu. Nie pali się.

zaloguj się by móc komentować

atelin @betacool
8 września 2019 12:28

"Najokazalszą i chyba najstarszą świątynią w tej niemieckiej mieścinie jest kościół pod wezwaniem świętego Korneliusza, który wyrósł z murów klasztoru bractwa Zakonu Świętego Krzyża. Ten stary sięgający korzeniami wypraw krzyżowych zakon, miał w jakiś niedokońcarozpoznany sposób przyczynić się do powstania błazeńskiej akademii."

Może wyrósł kościół, może szpital (sądząc po komentarzach) ale podwaliny jakieś na tym herbie ewidentnie są i zapewne nie przypadkiem.

 

"Mamy tu lwa, tyle że nie drapie on wieży. Jego pazury opierają się o herb. Łacińska sentencja z ryciny mówi, głosi „Nic bez przyczyny”, więc może nie bez powodu lew dzierży w swych łapach herb Fuggerów?"

Bardzo ciapowaty ten lew.

Pozdrawiam, super notka.

zaloguj się by móc komentować

betacool @atelin 8 września 2019 12:28
8 września 2019 12:37

Dzięki. Mnie cieszy, że kolejne zapowiadają się jeszcze ciekawiej. Zachęcam do uważnego przyjrzenia się posłowiu Okrętu. Czasami tłumacze mają skłonność do wytłumaczania. To może być ten przypadek.

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @betacool
8 września 2019 13:06

Ad. Czaszka i artyści (poniżej karta tarota "głupiec")

W XV wieku dochodzi w literaturze i sztuce (Shakespeare w tym króluje) do przemiany głupiego/ naturalnego błazna, jakiego zawsze się przedstawiało, w mądrego, zdolnego doradzać i uczyć członka dworu. A jeśli robiącego jakiś pokaz, to po to by sprytnie rozkojarzyć, rozśmieszyć  i odwrócić uwagę od ważniejszych rzeczy.

Erazm z Rotterdamu uważał, że literatura i poezja mogą być przydatne w dostarczaniu ilustracji nowych idei filozoficznych. Wg niego czytanie rekreacyjne powinno być zabawne, wywoływać śmiech, a jednocześnie być dobrze napisane, by utrzymać zainteresowanie i uwagę słuchacza.

ryc. Erasmus and Stultitia, the Goddess of Folly, are joined through literature. Engraving based on the designs of the painter Hans Holbeine.

A co do czaszki, bardzo prawdopodobne, że Hamlet miał zakopanego Yorika na podwórku i w ramach buntu nastolatka, kiedy nie miał z kim gadać wygrzebał ją sobie. Przecież łączyła go szczególna więź z Yorikiem – tenże był jego kompanem i wychowawcą z dzieciństwa, którego darzył przywiązaniem i miłością.

I tu dochodzimy do ważnej roli nadwornych błaznów: nie tylko szpiegowanie” prześmiewcze doradzanie, ale wychowanie następców tronu.

Już w zalinkowanym przez Ciebie wierszu czytelnik znajdzie Konrada Celtisa, ale warto tu ponownie przypomnieć o Kallimachu, czyli sekretarzu Kazimierza IV Jagiellończyka i doradcy Olbrachta, który jako zawzięty humanista i zwolennik odcięcia się Polski od papieża  – wychowawcy dzieci Kazimierza, w tym Jana Olbrachta, którego później został doradcą. Jednocześnie Kallimach był przyjacielem Celtisa (pogańskiego, podróżującego impresario kultury) oraz członkiem założonego przez niego wspomnianych już przez Ciebie szkółek, czyli humanistyczne Nadwiślańskie Towarzystwo Literackie. Pozostałymi liderami w szkółce byli np. Wawrzyniec reformator, geograf-humanista, neoplatoński autor podręczników oraz drukarz Szwajpolt Fiol, należący do cechu złotników i pasjonujący się górnictwem (wynalazł rurociągowy sposób odwadniania olkuskich kopalni ołowiu i srebra), a przy tym drukujący w cyrylicy…

Jednym słowem, patrzcie rodzice jakich błaznów na nauczycieli bierzecie.

Celtis to taki wyjątkowy błazen-mędrzec, wieczny podróżnik, impresario „kultury” przemieszczający się między Niemcami, Polską a Wiedniem, który przypomina mi tego błazna:

A ten przypomina mi wędrownych, perfekcyjnych nauczycieli bogomilizmu i kataryzmu. Z resztą pochodzenia słowa Vice (postać Vice z średniowiecznych sztuk moralnych) jedni uczeni doszukują się w diabłach odpowiadających za występki ludzkie, a inni w łacińskim witium „defekt, obraza, skazy, doskonałość”

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @ainolatak 8 września 2019 13:06
8 września 2019 13:11

a o czaszce jeszcze będzie ;)

może nie tej poniższej, ale zawsze równie ciekawej

 

zaloguj się by móc komentować

betacool @ainolatak 8 września 2019 13:06
8 września 2019 13:35

Piękne jockery z talii powyciągałaś.

Ja tylko dodam (wcale nie na marginesie), że pierwszym dworem, który wywalił błaznów na zbity pysk był dwór angielski. Jeszcze się nie dogrzebałem w jak drastyczny sopsób odbyło sie to rozstanie, ale wcale nie wykluczam, że zostały po nich ino czaszki.

Francuskie błazny harcowały aż do rewolucji. U nas także utrzymywały się bardzo długo.

zaloguj się by móc komentować

Pioter @betacool 8 września 2019 13:35
8 września 2019 13:41

A możesz podać kiedy to było? Może w tym samym czasie kiedy wypowiedziano Hanzie przywileje w Londynie?

zaloguj się by móc komentować

betacool @Pioter 8 września 2019 13:41
8 września 2019 13:54

Jeśli wierzyć wikipedii zrobił to Karol Stuart.

https://pl.wikipedia.org/wiki/B%C5%82azen

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @betacool 8 września 2019 13:35
8 września 2019 13:59

no, ale za Tudorów, i jeszcze przed nimi, mieli się całkiem dobrze :) i chodzili raczej w normalnych ciuchach.

Po prostu za Elki pozamieniano błaznów w aktorskich celebrytów, humanistycznych geniuszy literatury, poetów, zmieniona ranga to był taki myk robiący wrażenie - ostatecznie szpidzy-głupcy się trochę już znudzili i lepiej było się oczadzać szpiegiem literatem, prawdziwym angielskim dżentelmenem. Tych co się nie dało zmienić, bo ani uroda nie teges ani siła, może wsadziła na łajbę w kierunku nowego świata. Z pewnością nie wszystkich, jeszcze żona Karola I, królowa Henrietta Maria miała swojego błazna - lorda Jeffreya Hudsona.

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @betacool 8 września 2019 13:54
8 września 2019 14:00

tzn. "nie kontynuował tradycji" i nie przyjmował ani nie trzymał ich na dworze

zaloguj się by móc komentować


Kuldahrus @Kuldahrus 8 września 2019 14:08
8 września 2019 14:15

Pierwsze skojarzenie...

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @betacool
9 września 2019 09:11

Góry sowie z wieżą na szczycie Wielkiej Sowy, z widokiem na całą kotlinę, z możliwością zablokowania przełęczy jugowskiej czyli drogi do Czech. To tam zatrzymali sie Czesi idący pod Legnicę w 1241. Góry szpiegów...

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować