-

betacool

Wpływ rozwoju kolei na oprawę mordobicia, czyli jak rosyjska klasa robotniczo-chłopska rozładowywała napięcia.

makulektura.pl

Makulektura nr 15

Wpływ rozwoju kolei na oprawę mordobicia, czyli jak rosyjska klasa robotniczo-chłopska rozładowywała napięcia.

 

Wspomnienia pewnego socjalisty.

 

To miał być wpis dotyczący złota, ale życie dodaje pewne nieoczekiwane suplementy, które bardzo dobrze komponują się poprzednim wpisem („Masakra w kopalni złota”).

Magazynier dodał pod nim taki komentarz:

„No i jeszcze trzeba wymienić kolej transsyberyjską, o której tak świetnie napisała p. Rembikowska w rosyjskiej SN, a która mogła być decydującym posunięciem w budowie rosyjskiej cywilizacji przesądzającym o "gniewie bogów" i być może o relokacji rewolucji socjalno-militarnej z Niemiec do Rosji. Kolej transsyberyjska to było zagrożenie dla władców świata, dla ich interesów na Dalekim Wschodzie. A my się dziwimy, że w szczytowym okresie rozwoju cywilizacji zaczynają się problemy”.

Ja się przyznam, że rosyjski numer „Szkoły Nawigatorów” próbuję na półkach odnaleźć, ale jeśli mi się to szybko nie uda, to na pewno go sobie sprawię…

Natomiast opis fenomenu kolei pojawił się w kolejnym tomie wspomnień spisanych przez polskiego socjalistę i jest to kawał wspaniałej prozy opisującej zimę przełomu 1904 i 1905 roku.

„Przed paru laty została otwarta nowa (obok parostatków) linia komunikacyjna – kolej do Moskwy z przeciwległego brzegu Wołgi, z sioła Sawiełowo. Kimry zyskały wtedy nowy rynek milionowej stolicy i tam skierowały swoją ekspansję. (...) Ale ta sama kolej wytworzyła dla nich pewnego rodzaju konkurencję. Rosły Kimry, ale rosło i Sawiełowo, które niedawno jeszcze było nic nie znaczącą wioską, a teraz przodowało jako stacja kolejowa. Byli potentaci w Kimrach, urastali potentaci i w Sawiełowie. Chłop rosyjski bynajmniej nie jest tak nieużyty w handlu, jak polski, którego od niepamiętnych czasów Żyd zastępował. Prawie każda wieś tam wydawała „kułaków” – zdrowe, jędrne typy, po barbarzyńsku bezwstydne, aż żarłoczne w chciwości, przebiegłe w chamskiej szczodrobliwości, ha, rozrzutności, zdawałoby się dzikiej, nieokiełznanej”.

Otóż, ci nagle wzbogaceni niepomiernie chłopi, którzy na pęczki przekształcali się w posiadaczy, najpierw demonstrowali awans swoim przyodziewkiem. Było to zazwyczaj futro „na tchórzach, kołnierz - prawdziwe foki, albo nawet bobry”, do tego futrzana czapa no i oczywiście „walonki” naciągane „dla ciepła” na skórzane buty.

Domyślacie się, że imponowanie odzieżą może być dla faceta atrakcją, ale raczej krótkotrwałą. Po następne bodźce „kułacy” udawali się do gospody. Sami wiecie, że szpanowanie w zamkniętym pomieszczeniu futrem z tchórzy i butami w walonkach nie może potrwać dłużej niż kilka bardzo szybkich kolejek. Dlatego zazwyczaj padała komenda, by wynieść stoły na Wołgę, na lód. Ze stołem wędrował fotel dla zgrzanego już porządnie fundatora, śledzie, solone rydze i ogórki i zaczynało się prawdziwe picie.

Widok świętowania wzbudzał w sąsiadującej przez Wołgę mieścinie poczucie zazdrości i chęci dorównania. Tam także wędrowały na lód stoły i tam także lała się wódka.

Zwyczaj kazał, że na jednym z brzegów nagle (zazwyczaj na hasło fundatora) kończyła się wódka. Wtedy mocno już napoczęta reprezentacja jednej wioski rzucała się biegiem w kierunku stołu biesiadującego po drugiej stronie. Tamci z kolei zrywali się bronić wódki ze swego stołu i na środku rzeki (tam gdzie lód najgładszy) obie ekipy okładały się piąchami odzianymi w grube rękawice, aż do ostatecznego zwycięstwa. Sypały się zęby, łamały nosy, lała krew, ale wszystko uczciwie, „bez kastetów i innych zdradzieckich narzędzi”.

Po skończonej bitwie chlanie odchodziło wprost z butelek, a imprezie towarzyszyła muzyka. Po najbardziej poturbowanych zajeżdżały sanie.

„Jeśli kto zęby stracił – to bagatela – zapije. Ale kto gorzej pokaleczony – to fundator i dorożkę zapłaci za odwiezienie go do domu. Albo jeszcze i parę rubli da w łapę”.

Tym niecodziennym rozrywkom autor wspomnień postanowił położyć kres. Tym, kto podjął tę kontrowersyjną decyzję, był nasz rodak.

W dość niezwykłych okolicznościach został on przewodniczącym Milicji Robotniczej w Kimrach. Trudno powiedzieć, czy sprawił to wyższy od reprezentowanego przez tubylców stopień wyedukowania, czy to, że już jako nastolatek spotykał Piłsudskiego, który był dobrym znajomym jego ojca.

Powód mógł być jeszcze bardziej prozaiczny - może sprawiła to czarna peleryna i trzewiki, w których chodził po mieścinie nawet przez błoto roztopów. Był tu ubiór tak rażąco różny od koszul ze stójką przepasanych paskiem no i od kożuchów i futer, że do naszego bohatera przylgnął przydomek „Czarna peleryna”.

Trzeba tu zaznaczyć, że tych socjalistycznych „stylizacji”, znajdziemy w lekturze nieco więcej. Ot choćby taki fragment, który mówi, o tym, że prawdziwy socjalista musi się chyba zetknąć z prawdziwymi brudami życia, żeby wiedzieć, czego prości ludzie robić nie powinni. Tu muszę zaznaczyć, że wspomnienia są dość mocno pocięte i wszelkie wielokropki w poniższym fragmencie, to dzieło nie moje, lecz redakcji:

„Organizacja pochłonęła mnie całkowicie tego roku, przysporzyła mi sporo roboty. […] Próbowałem niejednego, aby zagłuszyć się. Łaziłem z kolegami do szynków i tam trułem się lub grałem w bilard całymi godzinami. I w tej zawierusze spotykałem nieraz ciekawe typy. Natrafiwszy na nie niechcący, zacząłem uganiać się za nimi po najkrętszych ścieżkach jako badacz ciekawy tego, co jest w ich wnętrzu. Badałem zarówno psychologię kolegów, jak i psychologię prostytutek, kelnerów, kasjerek etc.

Widziałem kolegów, którym fundowałem, widziałem jak inni fundowali, widziałem ich pijanych…Widziałem jak niejeden ściskał kasjerkę, sam płaciłem niejednej z nich herbatę, żeby tylko usłyszeć ich uzewnętrznienia […].

Straszne brudy, takie, że dotykając ich tylko, jako widz, czuję się zbrukany, mniej świeży. Rzeczywiście widzę teraz dobrze tego wroga rewolucyjnej pracy. Diabeł go bierze, mnie on nie zje. Jemu ode mnie wara. Ale takie życie nieco ogłusza, nieraz bardzo przyjemnie”.

Nie jestem pewien, jak poprawnie zinterpretować ten fragment, ale gdyby nieco uwspółcześnić ducha tej opowieści, to chyba należałoby powiedzieć, że jej autor może i coś tam palił, ale na pewno się nie zaciągał.

Być może kierując się owym paląco-niezaciągającym strumieniem refleksji, nasz bohater podczas jednego z zebrań milicji stwierdził, że pijackie bitwy na Wołdze naruszają godność klasy robotniczej i trzeba z nimi skończyć. Już po chwili wyczuł, że walnął nieco na wiwat, bo spotkał się z polemiką ze strony pozostałych towarzyszy.

„- I cóż my zrobimy? Zakazać? A któż by tam słuchał takiego zakazu! Gdzie tam kto będzie uważał na zakazy, kiedy wódki całe wiadra, zakąsek stosy czekają na każdego. I dlaczego, z jakiej racji zakazywać pracującym ludziom uciechy?”

Nasz rodak zrozumiał, że wycofanie się ze swojej decyzji może także oznaczać utratę przywództwa nad oddziałem:

„Najlżejszy kompromis, a leżę bezpowrotnie. Kupcy się potem będą natrząsać: „Czarna peleryna, cha, cha, cha”.

Ale dyskusja trwała dalej, a opozycja wobec szefa stale się utwardzała. Większość milicjantów uważało bowiem balangi na Wołdze za zwykłe imprezy integracyjne, a nasz bohater trwał z uporem, podszytym coraz większym strachem o swą pozycję, że jednak owe pijackie bitwy, klasę robotniczą dezintegrowały. Na szczęście, gdy już czuł, że wszystko się zawali, wydarzył się mały cud. Poczytajmy:

„ I wtedy – nagłe olśnienie – błysnął sposób, taki zwyczajny, łobuzerski sposobik (…).

- Ale rzecz jasna dla każdego, że tych ciemnych ludzi, ani nawet tych łobuzów, których kupcy-kułacy wódką skaptują, nie mamy najmniejszego zamiaru zabijać ani kaleczyć. Więc zapowiadam: jeżeli jakakolwiek swołocz zbierze się na święta dla pijaństwa i bijatyk na Wołdze, to rozpędzimy ją salwami z naszych strzelb. Tylko walić będziemy nie kulami ani śrutem, ale solą, i nie we łby, a w tyłki.

I nagłe napięcie prysło w jednej chwili. Kilka stłumionych parsknięcia potem rechot śmiechu zgodnego przewalił się po izbie. (…)

Nikt na mnie nie zwracał uwagi. Byłem rad z tego. Czułem nieludzkie, okrutne zmęczenie. Po chwili wyszedłem niepostrzeżenie”.

Tu musimy na chwilę przystanąć i stwierdzić, że konserwowanie godności, strzelaniem solą w swołocze tyłki nie wydawało się naszemu rewolucjoniście niczym niestosownym i robotniczej godności uwłaczającym.

Niestety życie pośród proletariatu nienawykłego do szybkich fortun było dla naczelnika policji nieustającą męczarnią. Gdy już doszło do owego wielkiego pijaństwa, to nasz rodak ledwie sklecił patrol, by odebrał broń innym milicjantom, którzy pijani prali w powietrze na wiwat.

Opis stanu bezradności na te bezeceństwa jest przejmujący:

„W kilku siedzieliśmy w lokalu restauracyjnym na rynku. Piliśmy, ku niekłamanemu umartwieniu wszystkich, herbatę i spoglądaliśmy na ludność. Przecież trzeba było, by ktoś przynajmniej wiedział, co się dzieje. Powtarzam – tylko wiedział, bo chyba nie było żadnej organizacji, która mogła czemuś zaradzić.

To teraz, dla odmiany, posłuchajmy historii, w której robotnicza milicja dała sobie radę i sprawców pewnego dramatycznego zajścia, przykładnie ukarała.

Zdarzyło się to w słynnej fabryce porcelany Kuzniecowo zarządzanej przez niezwykle sprytnego (zdaniem naszego bohatera) przemysłowca Morozowa. Fabryka w czasie burzliwych wydarzeń 1905 roku pracowała bez przestojów, pełną parą. Morozow widząc co się dookoła dzieje nie czekał na protesty robotników, tylko co pewien czas podnosił płace, tak by ludzie zarabiali nieco lepiej niż ci, którzy strajkowali w sąsiedztwie. Robotnicy bacząc na systematyczne podwyżki pracowali chętnie, „wszyscy byli zadowoleni i w fabryce było wesoło”.

W te radosną atmosferę wpadł niebacznie pewien rewolucjonista, który uważał, że skoro w fabryce nie było strajków, to pewnie płace są niskie, a robotnicy wyzyskiwani.

Rozpoczął agitację. Próbowano mu grzecznie wytłumaczyć, że w tej fabryce się nie strajkuje, bo właściciel dba o pracowników. Równie grzecznie dano mu dokończyć przemówienie.

„Skończył. Wokoło milczenie. Mówca chciał odejść, ale tłum stanął murem. Nikt nie gadał, nikt nie odpowiadał – ale też nikt nie ustąpił z drogi (…) W pewnej chwili z tłumu wychodzi jakiś służka cerkiewny, podaje krzyż, Ewangelię i melancholijnym głosem proponuje, by ucałował te przedmioty święte i wobec nich odwołał wszystko co naszczekał (…)”.

Odmówił z obrzydzeniem

- Ano chłopcy – powiada ów służka – nie ma rady. Dla zbawienia tej duszy potępionej, musimy go przymusić. Wybacz bracie, co czynimy dla miłości twojej i dla twojego pożytku”.

Potem uczono agitatora bić z całą mocą pokłony przed krzyżem. Bito te pokłony czołem rewolucjonisty o zmrożony śnieg, tak długo, póki nie odwołał wszystkich swoich bluźnierstw przeciw Trójcy Świętej i Pomazańcowi, Cesarzowi Wszech Rosji.

Agitator trafił do szpitala. Wieść o zdarzeniu dotarła do Kirm. Tamtejszą milicję ogarnęła wściekłość, ale nie wysłano do fabryki oddziału karnego. Milicja nakazała przeprowadzić miejscowej policji natychmiastowe śledztwo. Nie minęła doba, a sześciu „najwinniejszych” aresztowano.

„ Ten i ów był niezmiernie dumny z potęgi Kimrskiej Milicji Robotniczej, której zarządzeń słucha nawet isprawnik w Korczewie. Ale byli i tacy, co wraz z mną rozumieli, że sytuacja tego rodzaju za korzystną uchodzić nie może. W Kuzniecowie nasz współideowiec został pobity przez robotników – ujęła się za nim policja. I myśmy powołali tę policję przeciw ludności, właśnie przeciw tym samym robotnikom, których rzekomo reprezentowaliśmy (…)”.

A jak się to ma do masakry w kopalni złota, opisywanej w poprzednim wpisie ktoś zapyta. Ano tak, że nie chce mi się wierzyć, że zagraniczny zarząd spółki zarabiającej kilkanaście milionów rubli rocznie nie wiedział jak uniknąć eskalacji konfliktu. Na pewno sposób postępowania Morozowa z fabryki porcelany musiał być znany, o czym świadczą inne świadectwa, choćby z Królestwa Polskiego. Poza tym, ci którym los zbytnio nie doskwierał, naprawdę potrafili to docenić. Oni nawet po pijanemu wiedzieli, kogo lać dłonią odzianą w grubą skórzaną rękawicę, a kogo bez litości obijać o zlodowaciały śnieg...

Myślę, że w tej kwestii, jeszcze więcej da nam do myślenia kolejna makulektura.

Cóż ja bym mógł jeszcze dodać o naszym bohaterze?

Wkrótce po opisywanych tu wydarzeniach ucieka do Polski. W Zakopanem wstępuje do Strzelców i już na kilka lat przed wybuchem wojny, jest przekonany o tym, że ona wybuchnie.

A potem dziwne rzeczy, które chcąc nie chcąc, kojarzą mi się z dużo bliższą rzeczywistością. Ja przytoczę tylko dwa fragmenty. Odnalezienie analogii zostawię Wam.

1.

Nocny rozkaz o wyjściu w pełnym rynsztunku w góry, a po długim brnięciu przez śnieg i pod górę, apel dla oddziału Strzelców:

„ -Obywatele! Mamy dziś 22 stycznia [1913]. Rocznice powstania uczciliśmy przez mobilizację. Obywatel „Dowtmund” wygłosi piętnastominutową pogadankę o powstaniu. Obywatel „Dowtmund” zaczyna!”.

 

2.

„ Rozejrzyjmy się wokoło, czy nie otaczają nas narody w tym samym, a może o wiele jeszcze większym stopniu zagrożone, równie mało jak my albo jeszcze mniej od nas samowystarczalne, nieraz całkowicie niezdolne do prowadzenia własnej, niezależnej polityki.(…) Słabe te państwa w odosobnieniu – wszystkie te państwa razem stanowią potężny blok, o względnie regularnej linii granicznej, zajmujący 1,5 miliona kilometrów kwadratowych obszaru i liczący dziś blisko 100 milionów ludności (…)”.

 

***

 

Tytułem uzupełnienia. Nasz bohater jesienią 1946 przeszedł nielegalnie granicę z Czechosłowacją. Wiosną 1947 roku dotarł do Paryża. Zamieszkał tam i utrzymywał się z prac dorywczych, potem został nauczycielem języka polskiego w gimnazjum i liceum pozostającym pod zarządem Rządu RP na uchodźctwie. Nawiązał bliskie kontakty z Jerzym Giedroyciem. Pisywał do „Kultury”. Wiosną 1970 roku wrócił do Polski. Umarł rok później. Jego ucieczka z Polski nie przeszkodziła w tym, by jego brat mógł pracować w PRL-owskim ministerstwie. Ot takie szczęśliwe zrządzenie losu…

Nie podałem tytułu pozycji. Ambitniejsi czytelnicy na pewno się zorientują, co to za lektura i do jakiej kwoty warto licytować.

http://allegro.pl/wspomnienia-pewnego-socjalisty-i6963383225.html

 

A kolejny odcinek na pewno będzie traktował o syberyjskim złocie.



tagi: kimry chłopi robotnicy rewolucja socjalizm 

betacool
17 września 2017 19:20
16     4080    6 zaloguj sie by polubić
komentarze:
ainolatak @betacool
17 września 2017 20:18

Indywidualiści, tak już mają i patrzą z pewnym niesmakiem na imprezy integracyjne ludu. A indywidualiści państwowcy to już w ogóle....nasz bohater chadzał przeciez po siole "ustrojony w czarną pelerynę, kapelusz z szerokim rondem, spodnie nienagannie zaprasowane, a w dodatku w krawat mickiewiczowski, owijający całą szyję". 

Jednak najbardziej podoba mi się opinia Zbigniewa Gluzy, twórcy Ośrodka Karta i działacza opozycji w PRL (a jakże) o czarnej pelerynie:

„Adam Uziembło był polskim socjalistą. Niepodległościowcem i państwowcem. Kimś, kto ustanawiał II Rzeczpospolitą, a kogo Polska powojenna nie uznała za swego. Jego aktywność to droga patrioty, który swój wyzwolony kraj chce postrzegać jako otwarty i przyjazny, nie zaś zamykający się przed obcymi. (…) Zapisana w 1932 roku wizja Polski federacyjnej jest kapitalnym dowodem nie tylko Jego przenikliwości w widzeniu naszej części Europy, ale też — społecznej mądrości”

Ręce i nogi opadają......

zaloguj się by móc komentować

betacool @betacool
17 września 2017 20:23

Tak społecznej mądrości jest tyle, że ręce i nogi opadają.

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @betacool
17 września 2017 20:30

a czasami i tyłek, potraktowany solą "mądrości" ;)

zaloguj się by móc komentować

betacool @betacool
17 września 2017 20:39

Te dwie ekipy naparzające się w rękawicach pośrodku zamarzniętej rzeki i goście czuwający nad tym, by w odpowiednim momencie potraktować tyłki solą... - to chyba też może być metafora - taka trochę bardziej rozbudowana.

zaloguj się by móc komentować

ewa-rembikowska @ainolatak 17 września 2017 20:18
17 września 2017 21:58

Oni się zachowywali jak dzieci specjalnej troski. Można do woli rozrabiać  a konsekwencje to nie my.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @betacool 17 września 2017 20:39
18 września 2017 21:06

To się nazywało "rucznoj boj". Jak miałeś, bracie, ochotę komuś przyp... to szłeś na rzekę Moskwę i prałeś na odlew. Bruce Lee spełniłby swoje marzenie dokopania samemu 100 zarzywnym batiarom. Jest ten obyczaj upamiętniony w Cyruliku syberyjskim. Tam co prawda jest bez wódy, ale za to kapela przygrywa skocznego jakiegoś kazaczka. 

To jest, jak rozumiem, obyczaj uświęcony, legalny, bo i batiuszka car nie zakazywał, ale pozwalał na taki zdrowy upust nadmiaru wzmożenia. To była jedyna sytuacja, kiedy można było bezkarnie sprać rodaka. Nie wiem czy car nie przyglądał się temu czasem.

Stąd ten rechot kiedy bohater socjalista ogłosił wolę karania za udział w rucznom boju. Nadto był to znak że Kimr i Saławiewo wzniosło się na stalicznyj (stołeczny) poziom kultury. (W sojuzie była tak wódka stalicznaja. Od zawsze w Moskowii trzeba było równać do Moskwy, bo Moskowia istniała dla Moskwy.)  Wyższa cywilizacja po prostu. A on chce ją zakazywać ...

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @betacool
18 września 2017 21:07

zażywnym batiarom, ma się rozumieć

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Magazynier 18 września 2017 21:06
18 września 2017 21:19

Karateka przeciwstawił się bandzie chuliganów.

Pogrzeb w środę.

(za: NowyPompon.pl)

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @betacool
18 września 2017 22:22

"W Kuzniecowie nasz współideowiec został pobity przez robotników – ujęła się za nim policja. I myśmy powołali tę policję przeciw ludności, właśnie przeciw tym samym robotnikom, których rzekomo reprezentowaliśmy"

Genialne. Najprostszy opis sowieckiego terroru policyjnego. 

Genialne może nie, ale proste i szczere, acz łopatologiczne i typowo słowianofilskie, typowe również dla epoki, jest to nawracanie agitatora za pomocą Pisma Św., Krzyża i pokłonów czołobitnych.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Magazynier 18 września 2017 21:06
18 września 2017 22:32

Jeszcze słówko o tym naparzaniu się na skutej lodem Wołdze. Autor wspomnień nie był Moskwicinem i mógł źle interpretować rzeczone zjawisko. Nie wiem jak tam było na prawdę, ale mógł błędnie odczytać cel libacji na środku zamarzniętej rzeki. Bo celem mogła nie być popijawa, ale sama rozruba. Po co wynosić na mróz stoły, żarcie i wódę? Przecież o wiele przyjemniej w ciepełku. A tu nie. Tu chłopy chcą pokazać że duch w narodzie nie ginie. Oni też gieroje. Normalna popijawa za cel ma rozpustę. No chyba że się nie znam na popijawach, co możliwe. Ta zaś papojka ala Russ na celu ma "czyn heroiczny", który trzeba, oczywista, znowu opić. Nic na to nie poradzę, ale to co słyszałem o rozrywkach ludowych moskwicińskich wskazuje, że mordobicie połącznone z pijatyką było jedną z ważniejszych, nawet w ramach jednej rodziny, np. bracia między sobą. 

zaloguj się by móc komentować

betacool @Magazynier 18 września 2017 22:32
18 września 2017 23:28

Wiesz, ja mam takie nieodparte przeczucie, że ludzie, którzy od czasu do czasu się napiją i pobiją na śniegu mając na rękach skórzane rękawice nie myślą o rewolucji.

Natomiast pięknoduch, który wzdraga się na myśl o mordobiciu, ale nie wzdraga się na myśl o celowaniu do człowieka z dubeltówki, to jest właśnie typ zmieniacza świata...

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Magazynier 18 września 2017 22:32
19 września 2017 09:40

Zapewne dlatego  "Moskwicini" są tak mocni w rozmaitych sportach walki.

Jedynie  ten, kto nie boi się dostać raz czy dwa w mordę,  ma szansę wyjść zwycięsko (na własnych nogach) z bijatyki.

zaloguj się by móc komentować

Ondrasz @Magazynier 18 września 2017 22:32
19 września 2017 11:22

Przepraszam za OT

Szczęść Boże, czy mogę prosić o kontakt na aaklimek@gmail.com? Ks. Andrzej Klimek z Liskowa

zaloguj się by móc komentować

betacool @betacool
20 września 2017 12:16

Tak sobie wczoraj zerknałem jeszcze do niezwykle arcyciekawego artykułu pani Hanny.

http://kossobor.neon24.pl/post/135328,milieu-mauzolea-i-dola-ludu-pracujacego-miast-i-wsi

We wspomnieniach Adama Uziębły odnajdziemy pewne uzupełnienie opisanych w nim wątków.

Młody Adaś poznaje Piłsudskiego na jednym z towarzyskich spotkań. Jest tam oczywiście i Kasprowicz, który zachwyca się Ziukiem bez opamiętania.

 

 

 

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @betacool
21 września 2017 16:47

Nadrabiam nieco zaległości po podróżach.

Pyszna opowieść! Ryczę ze śmiechu, po prawdzie. Mordobicia na Wołdze w pijanym widzie by człowiek nie wymyślił, a tam wszystko było naprawdę :))) A głupi głupek w pelerynie - klasyka... Szkoda, że to polska klasyka.

zaloguj się by móc komentować

betacool @betacool
21 września 2017 17:59

Wspomnienia są napisane niezwykle barwnym językiem, duża ich część nawet z dialogami. Przyznam, że czyta się je świetnie, zwłaszcza te wspomnienia z Rosji.

No i te wszystkie kalki z przeszłości, które przebijają do dziś. Warto przeczytać.

Zastrzeżenie dla licytujących dałem tylko po to, by nie przepłacać, bo egzemplarzy po dwadzieścia kilka złotych krąży po internecie sporo.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować