-

betacool

Uniwersytet Naszego Wieku

makulektura.pl

Makulektura nr 17

 

Uniwersytet Naszego Wieku.

 

Wiktor Weintraub: O współczesnych i o sobie.

 

Nie ma się co czarować. Nie znajdziemy w naszym nawigatorskim gronie powabnych osóbek, które datą urodzin nie zahaczyły o wiek XX. Dlatego, tytuł taki, a nie inny. To będzie opowieść o Uniwersytecie Naszego Wieku.

Ale zanim znajdziemy się w uniwersyteckich murach, najpierw odwiedzimy pewien londyński szpital. Jest przełom roku 1967 i 1968. Uczeń odwiedza swojego mistrza:

„Poznał mnie, ucieszył się, rozserdecznił, wypytywał o ludzi, w szczególności o najwybitniejszego ze swoich uczniów, Barycza. W pewnym momencie przeszedł obok nas posługacz szpitalny. „To Wyszyński” – szepnął do mnie tajemniczo, wskazując nań palcem. „Jaki Wyszyński?”- spytałem zaskoczony . „Wyszyński” – dostałem w odpowiedzi. W tym momencie kontakt nasz się urwał i mimo, że siedziałem przy nim w szpitalu jeszcze godzinę, już się nie nawiązał. Kot zamknął się w świecie swoich urojeń(…).”

 

Ten cytat, to fragment wspomnień Wiktora Weintrauba, który odwiedza swojego mistrza i jednocześnie osobę, której bardzo wiele zawdzięcza – profesora Kota.

 

***

 

Przyznam się, że sięgnąłem po tego kolejnego białego kruka (książka „O współczesnych i o sobie” pochodzi ledwie z 1994 roku – a spróbujcie ją znaleźć!), ponieważ chciałem się dowiedzieć jakimi motywami kierował się 21-letni Weintraub, pisząc niezwykle zgryźliwą recenzję na temat pracy profesora Windakiewicza o Janie Kochanowskim. Przypomnę, że była to dość szczególna rozprawa, a w recenzji znalazły się dziwne tropy, a nawet przeinaczenia tekstu ocenianego. Niezorientowani odnajdą więcej szczegółów pod tym linkiem:

http://betacool.szkolanawigatorow.pl/czy-ktos-czyha-na-zycie-jana-kochanowskiego

Jesteście ciekawi, czy Weintaub zapamiętał swoją recenzyjną szarżę?

A i owszem. Wspomina o tym już na stronie 18. Najpierw pisze o powstałym z inicjatywy profesora Kota, swoim debiucie naukowym, który dotyczy Thomasa Segetha – „obieżyświata z wysp brytyjskich, który dotarł do Polski i entuzjazmował się poezją łacińską Szymonowica”. Praca nosiła tytuł „Anglik – przyjaciel Szymonowica”, co niestety było gafą, bo „ów rzekomy Anglik okazał się Szkotem”. Na tej samej jeszcze stronie dowiadujemy się, że za namową Kota, młody Weitraub miał się zająć rolą Prus Książęcych w polskiej reformacji, ale jego wyjazd do Królewca, a to ze względów finansowych, a potem ze względu objęcie władzy przez niemieckich antysemitów (zwanych tu hitlerowcami), ostatecznie nie doszedł do skutku.

W tym momencie możemy skonstatować, że obręb zainteresowań Weintrauba, a może raczej profesora Kota, mocno pokrywa się z baśniowymi zainteresowaniami Coryllusa i że dotyczy to również postaci Kochanowskiego.

Weintraub dobrze pamięta okoliczności napisania swojej recenzji. Na owej 18-tej stronie znajdziemy taki fragment:

„ Gdy (…) Windakiewicz ogłosił swoją monografię Kochanowskiego, napisałem jej recenzję do „Pamiętnika Literackiego”, w której z młodzieńczą pryncypialnością i bezwzględnością rozprawiłem się z jego naiwnym traktowaniem tekstów poetyckich jako dosłownie odczytanego budulca biografii ich twórcy (…)”.

Okazuje się jednak, wraz z wiekiem pryncypialności i bezwzględności w ocenie pracy o Kochanowskim wcale Weitraubowi nie ubyło. W notce poświęconej Windakiewiczowi jest sporo kurtuazji, ale co pewien czas z niezwykłą wręcz regularnością pojawia się w niej słowo „dziwactwo”. Poczytajmy:

„Wartość (…) Windakiewicza jako historyka literatury tkwiła w wyjątkowej wrażliwości estetycznej, w olbrzymim i wszechstronnym oczytaniu, w jego zdolności świeżej i żywej charakterystyki, ale jego założenia metodologiczne – jak w ogóle założenia metodologiczne pozytywistycznego literaturoznawstwa - były płytkie i w pewnych dziedzinach uproszczone aż do karykatury. Jedną z tych zasad było, że dzieła literackie są wiernym, bezpośrednim odbiciem faktów z życia pisarza, więc z faktów w nich zawartych można spokojnie budować biografię pisarza. Do szczególnie przykrych dziwactw doprowadziło to w książce o Kochanowskim, o którym dane biograficzne są skąpe, a w którego poezji – jak przystało na lirykę renesansową – jest szczególnie dużo motywów pochodzenia wyłącznie literackiego, a więc konwencjonalnych (…)”.

To w sumie tyle. Nie wiemy dlaczego Weintaub uciekł się do swojej recenzyjnej mistyfikacji (ocenił fragment dotyczący zamachu na Kochanowskiego, którego profesor Windakiewicz w swojej pracy ogóle nie zamieścił). Wiemy natomiast, że ostatnią książkę Windakiewicza p.t. „Poezja ziemiańska” Weintarub określił mianem pracy pełnej „dziwackich wykolejeń”. Przyznam się, że zabrzmiało mi to jak nielicha zachęta do kolejnej makulektury, więc czym prędzej ją sobie sprawiłem.

Co do wiarygodności przedwojennych recenzji, to ze wspomnień Weintrauba dowiadujemy się, że w redakcjach wydarzały się rzeczy dość szczególne. One z dzisiejszej perspektywy szokują może nieco mniej, ale konfrontując je z naszymi wyobrażeniami o dawnych standardach, naprawdę możemy się zdziwić.

Weintraub dobrze zapamiętał taki „incydent”:

„ Podjąłem się recenzji wydanego przez „Rój” w przekładzie Antoniego Pańskiego tomu szkiców Bertranda Russela. Skonfrontowanie przekładu z oryginałem pokazało, iż tłumacz opuścił esej, w którym Russel deklarował się jako antykomunista”. Wytknąłem mu to w recenzji. Kiedy maszynopis mój znalazł się na biurku redakcyjnym, dostałem telefon od Grydzewskiego: zasadniczo mam rację i w normalnych warunkach należałoby takie postępowanie napiętnować. Ale u nas takie wypomnienie może doprowadzić do represji, czy nagonki na wydawnictwo. Dyrektor „Roju”, Marian Kister, któremu przeczytał odpowiedni ustęp mojej recenzji, zaklinał go, aby tego nie puszczał. Ostatecznie recenzja moja ukazała się bez owego inkryminującego ustępu (...)”.

Grydzewski był szefem poczytnych i opiniotwórczych „Wiadomości Literackich”, które niczym niektóre tytuły prasy współczesnej, przez jakiś czas pełne były najróżniejszych dodatków. Ale to nie Grydzewski był głównym inspiratorem poczynań Weintrauba. Ta rola należała do profesora Stanisława Kota (jakże trafnie obsadziła go w niej, w jednym z komentarzy nieoceniona Pink Panther).

Tak, to był Proszę Państwa rzeczywiście ktoś. Nawet nie bardzo wiadomo jak to się stało, ale i na uniwersytecie i potem w rządzie Sikorskiego był to Prawdziwy Sprawca i kreator i polityki i ludzkich losów.

Urodził się w roku 1885. Pochodził z małorolnej chłopskiej rodziny z Rzeszowskiego. Gimnazjum ukończył w Rzeszowie, potem (od 1904 roku) studiował polonistykę we Lwowie. Tu stanął na czele organizacji młodzieżowej Płomień i był redaktorem jej pisma. Założył tu jeszcze uniwersytet ludowy, a za chwilę ukończył doktorat. Jego niezwykłe zdolności szybko zwróciły na niego uwagę. „Liczył sobie lat wszystkiego dwadzieścia cztery, nie miał jeszcze publikacji naukowych, kiedy Stanisław Estreicher zaproponował mu napisanie kilku rozdziałów z historii wychowania dla jednego z planowanych tomów redagowanej przezeń, a wydawanej przez Akademię Encyklopedii Polskiej. W roku 1910 przeniósł się do Krakowa, znęcony atmosfera naukową miasta. Przez dwa lata uczył tam w szkołach średnich. Dwa następne spędził na pracy badawczej w zachodnioeuropejskich bibliotekach, kładąc w ten sposób podwaliny pod swoją wspaniałą znajomość europejskich zbiorów rękopiśmiennych i starodruków, którą nikt z polskich historyków nie mógł się z nim mierzyć”.

Te lata, o których tu mowa to 1912-1914. W tym czasie Kot studiował we Francji, jednocześnie prowadząc badania bibliograficzno-archiwalne w Niemczech i Szwajcarii, Belgii i Holandii.

 

O dziwo Stanisław Kot swoich wspomnień nie spisał. Przelał co prawda na papier opis lat dziecinnych i czasu gimnazjum, ale dalej, coś się zacięło i nie szło w żaden sposób. Weitraub namawiał Kota do dyktowania zwierzeń, miał zamiar dostarczyć mu nawet dyktafon, ale profesor, oświadczył, że opis późniejszych lat spędzonych w Rzeszowie musiałby skonfrontować z książką niejakiego Bunikiewicza, traktującą o tym środowisku. Weitraub twierdzi, że było o nią jednak trudno. Możecie mu wierzyć, bo ja także nie znalazłem sposobu, by do niej dotrzeć. Poza wszystkim „pamięć, niegdyś imponująco sprawna zacinała mu się już wtedy. Drażniło go to, bał się jej potknięć i bez oparcia o niełatwą w Paryżu czy Londynie dokumentację nie chciał pamiętników ciągnąć dalej (…)”.

Oj, a było co pamiętać. Weinraub wspomina choćby taką opowieść:

„ Nie mogę odżałować, iż nie spisałem na gorąco opowiadania o tym, jak we wrześniu 1914 roku wybrał się z Żeromskim z Krakowa autem szlakiem pierwszej kadrowej na spotkanie Legionów. Żeromski był podniecony, rozentuzjazmowany Piłsudskim i Legionami. Nie mógł doczekać się momentu spotkania z polskim żołnierzem. Przekroczyli kordon, ale potem przyszły jakieś trudności administracyjne i wóz się psuł. Trzeba było wracać. W drodze powrotnej narastała w Żeromskim niechęć do Legionów i Piłsudskiego, która nie opuściła go aż do śmierci (…)”.

Tu trzeba zaznaczyć, że niezmierną niechęcią pałał do Pisudskiego także Kot i kto wie, czy tej niechęci, Żeromski właśnie jemu przypadkiem do końca życia nie zawdzięczał.

W ogóle, to trudno się po tej lekturze nie oprzeć wrażeniu, że osób zawdzięczających coś Kotowi, było naprawdę bardzo wiele.

Zapytacie co takiego mógł sprawić profesor Kot?

Otóż, to właśnie za jego namową Weintraub przeniósł się do Warszawy i otrzymał dobrze płatną i regularną pracę w „Wiadomościach Literackich”. Potem w 1937 roku, będąc w niełasce obozu sanacji, Kot zdołał załatwić Weintraubowi stypendium we Francji. Po wybuchu wojny Weintraub trafił do Lwowa, a niedługo potem „szczęśliwy traf” sprawił, że list Weitrauba znalazł drogę do rąk będącego w Moskwie ambasadora Kota. Weitraub trafił do wydziału prasowego, w którym pracował z Teodorem Parnickim, Ksawerym Prószynskim i Bernardem Singerem. Możecie mi uwierzyć (albo sprawdzić w Wikipedii), że kłębek wełny po zabawie z kotem, jest czymś dużo mniej zawikłanym niż życiorysy tych panów.

Ta dygresja, co mógł w owym czasie Stanisław Kot nie będzie (a mogłaby być, oj mogła! ) zbyt długa. Pan profesor mógł na ten przykład wyciągnąć Broniewskiego z szeregów armii i oddelegować go do redagowania czasopisma „W Drodze”. Ale to jeszcze nic. W pewnym momencie, podczas pobytu z Drugim Korpusem w Palestynie, Parnickiemu zamarzyło się pisanie powieści o Aztekach. „Kot, aby umożliwić mu zrealizowanie tych marzeń, wystarał się dlań o posadę w poselstwie polskim w Meksyku. Parnicki po przeniesieniu się tam zaczął pisać powieść z dziejów starożytnych Bliskiego Wschodu...

Jak się pewnie domyślacie (albo przypomnicie sobie komentarz Pantery z wpisu dotyczącego książki Windakiewicza o Kochanowskim), skoro można było coś Kotwowi zawdzięczać, to w grę mogła wchodzić również opcja dokładnie odwrotna. Oddajmy znowu głos Weintraubowi:

„Pamiętam taki incydent z końca r. 1942, już w Palestynie. Dowiedziawszy się, iż Wańkowicz z trudem wiąże koniec z końcem, żyjąc na zasiłku uchodźczym, oraz z dorywczych zarobków dziennikarskich, zwróciłem się do Kota z sugestią, aby polecił Janowi Hulewiczowi wciągnięcie go na listę pisarzy utrzymywanych przez Fundusz Kultury. Spytał się mnie wtedy, czy czytałem Wańkowicza wspomnienia, jego „Szczenięce lata”, a kiedy odpowiedziałem, że tak, zaczął mi z wyraźnym podirytowaniem wyrzucać, iż zwracam się doń z prośbą o pomoc dla człowieka, który przechwala się, iż jako młody panicz miał do dyspozycji wszystkie dziewczęta wiejskie, służące w dworze jego rodziców. Wyszedłem z kwitkiem (…)”.

Stop, stop, stop. Takich anegdot można tu odnaleźć sporo, ale one dotyczą bardziej relacji międzyludzkich, polityki, a nie uniwersytetu.

Ja się nie będę tu za dużo rozpisywał. Zwrócę uwagę na dwa „kocie” dzieła.

Pierwsze powstaje w skrajnie niekorzystnych warunkach. Już w 1919 roku Kot tworzy Towarzystwo do Badań Reformacji w Polsce, a w roku 1921, gdy wojna z sowietami przewala się przez kraj, uruchamia kwartalnik pod nazwą „Reformacja w Polsce”. Ten periodyk jest tak ważny, że wychodzi nieprzerwanie do 1939 roku, a ostatni przygotowywany przed wojną numer ukaże się nawet po wojnie – w roku 1947. Reformacja, to oczywiście ożywczy prąd, który pcha nas ku Europie. Mało tego rozwija się u na tak twórczo, że Europa powinna nam tylko zazdrościć. Myślę, że to tym naukowym wątkom Kot zawdzięcza swoje doktoraty honoris causa z Oxfordu (1941) i Bazylei (1957).

Drugie „dziecko” Kota, to seria Biblioteka Narodowa, którą znamy doskonale, bo ukazywała się w prawie całym międzywojniu, a także później. Dzieła twórców uznanych za wielkich i dzieła uznane za wielkie, poprzedzone wstępem wybranych naukowców. Kto wybierał te dzieła, tych twórców i kto zlecał przygotowanie objaśnień do wydawanych dzieł? No jak to kto - „poseł światła” - profesor Stanisław Kot. Ten „poseł światła”, to niż innego jak jeden z pseudonimów naszego profesora… czy nie kojarzy się Wam z odrobiną z Lucyferem (tym który niesie światło)?

Ale, ale – przypomni ktoś, że przecież na początku mojego wywodu widzimy Kota, który w szpitalu wodzi za kimś błędnym wzrokiem i mówi, że to Wyszyński. Czyż nie przypomina w tym momencie Pankracego z „Nie-boskiej Komedii” wołającego „Galilejczyku! Zwyciężyłeś!”? Czyż nie jest możliwe, że gdzieś u skraju swego życia profesor stwierdził, że jednak Kościół, a nie reformacja; że jednak upór, wierność, kardynał i dekalog, a nie polityka, świeckość, profesura i postępowe kryteria?

Nie, powie nam Weitraub – tak nie wolno! Nie wolno na fragmencie prozy budować takich niestworzonych historii i interpretacji, nawet jeśli pochodzą ze wspomnieniowej prozy profesora Weintrauba. Przecież niejednego Wyszyńskiego Kot mógł sobie „zwidywać”!

 

Epilog:

 

„Pruszyński opowiadał, że gdy Sikorski poleciał do Moskwy na spotkanie ze Stalinem, komunikat o tej rozmowie mieli zredagować Kot z (Andrzejem) Wyszyńskim, ale kiedy Sikorski miał już opuszczać Kreml, komunikat taki nie był jeszcze gotów, bo, jak oświadczył Wyszyński, wynikły trudności w pogodzeniu dwóch różnych państwowych punktów widzenia.. „A ja myślę – wtrącił na to Sikorski – że to po prostu polski szlachcic nie może się dogadać z polskim chłopem”.

                                                                                  ***

Ta książka to ponad 550 stron anegdot, życiorysów, opisu prac. Jak ktoś chce się przekonać, co wspaniałego dostrzegali polscy naukowcy w prozie Żeromskiego, a czego nie dostrzegali niektórzy literaturoznawcy z zagranicy, to zachęcam:

http://allegro.pl/wiktor-weintraub-o-wspolczesnych-i-o-sobie-i6987645382.html

Jest tu także o autobusie Wandy Wasilewskiej odjeżdżającym ze Lwowa, gdy do jego bram pukali już Niemcy, o tym z jakimi językoznawcami spotykał się Masaryk, o tym dlaczego Bruckner ożenił się ze swoja służącą - czyli Uniwersytet Naszego Wieku – oczywiście jeśli uznamy, że coś co jest w sumie dziełem w dużym stopniu literackim, pozwala nam wysnuwać jakiekolwiek wnioski, bo jak uczy dwudziestowieczna akademia, nie jest to przecież ani odrobinę oczywiste.



tagi: uniwersytet  weintraub  stanisław kot 

betacool
4 października 2017 23:17
9     3228    9 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Paris @betacool
5 października 2017 00:44

Super...

... czyli profesor Kot na stare lata dostal "kota"... od urojen  !!!

Jakos - dla mnie - te "dziwactwa" czy "wykolejenia" profesora Windakiewicza kloca sie... przeciez stwierdza m.in., ze jego wartosc jako historyka literatury to wyjatkowa wrazliwosc etyczna, ogromne i wszechstronne oczytanie, zdolnosc do szybkich i zywych charakterystyk... oglednie mowiac Weintraub nie jest szczery w swoich wspomnieniach.

Kolejny wpis... PERELKA  !!!    

Swietny  !!!

zaloguj się by móc komentować

betacool @Paris 5 października 2017 00:44
5 października 2017 01:15

Kot miał udar. Ostatnie dwanaście lat zycia spędził na odziale geriatrycznym. Obie jego córki zmarły jescze przed chorobą, a żona rok później. Podobno opiekowała się nim osoba spoza rodziny.

Weitraub pisze tak:

"Przed chorobą nie robił wrażenia człowieka religijnego, choć, jak sie miałem okazję przekonać, był przywiązany do katolickiego rytuału. W chorobie wróciła chłopska, korna wiara".

Wspomnienia Weintrauba to kopalnia wiedzy o ludziach, tytułach ich prac ich ocenie.

Co do Windakiewicza to traktuje go niczym Muhammad Ali, z tym, że odziany w jedną pluszową rękawicę.

Z tej drugiej wali normalnie i bardzo szczerze - tak żeby zabolało.

 

 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @betacool
5 października 2017 10:59

Przeczytałem i doznałem odmiennego stanu świadomości. Raczej nie wzmożenie, lecz czegoś przeciwnego jakoby quietyczności, bo na razie nie jestem w stanie drążyć w tyn dalej. I jakoby jeszcze czegoś jakby iluminacji, zwłaszcza w tym fragmencie o Kotcie jako "pośle światła"

"Poseł światła" - "czy nie kojarzy się Wam z odrobiną z Lucyferem (tym który niesie światło)?"

Ach, cóż za prostacka dosłowność nieokrzesana i kawa-na-ławość razem z krową-na-rowizmem! Czyż nie lepiej napisać, że był nietuzinkowym, niepokornym poszukiwaczem nieprostych prawd, który nie zadowalał się prostactwem "tak nazywajemogo katolicyzma", i że posiadł talent "obracania w kilku płaszczyznach" tych prawd jednocześnie, i że w skutek tego doświadczał odmiennych stanów umysłowych? Czyż nie lepiej powiedzieć, że znajdował się na liście płac, ... znaczy się, winowat, ... pardąs, ... na orbicie wielkich myślicieli newtonowskiego oświecenia? O właśnie, oświecenia, iluminacji niepokornej, której humanistycznym symbolem jest niepokorny duch światła.

Z czego wywodzi się wniosek inny, że Sikorski mógł nie mieć racji i że powodem opóźnienia komunikatu był konflikt między nadto prostolinijnym umysłem polskiego szlachcica zbytnio jeszcze tkwiącego w katolickich nawykach myślowych z duchem "Apostoła Światłości".

zaloguj się by móc komentować

betacool @Magazynier 5 października 2017 10:59
5 października 2017 13:37

Szczerze powiem, że ta lektura mnie również wprawiładnie w stan odrabia ze wszelkich złudzeń. Chyba dość dobrze komponuje się z tym, co pisał o uniwersytecie Coryllus. Z tym, że on stawia pewną diagnozę, opisując tę instytucję od zewnątrz.

Weintraub tkwi w samym środku. 

Co do Kota - naukowca, to miał dwie ulubione epoki - Odrodzenie i Oświecenie. 

Ale wybór  "posła światła" chyba inny być nie mógł.

zaloguj się by móc komentować

betacool @betacool 5 października 2017 13:37
5 października 2017 15:42

Stan odarcia ze wszelkich złudzeń...

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @betacool 5 października 2017 13:37
5 października 2017 19:30

Nie mógł. Zgadza się. Tak jak Kołłątaj inaczej nie mógł jak tylko nienawidzieć średniej szlachty. 

Ale ja ze złudzeń, powiedzmy z większości, zostałem już obdarty. Teraz to ja po prostu mam takie interesujące doznania estetyczno-poznawcze.  

zaloguj się by móc komentować

Paris @betacool 5 października 2017 01:15
5 października 2017 23:58

Niesamowite...

... 12 ostatnich lat spedzil na geriatryku... ani corki ani zona nie byly zbytnio "zaangazowane" w dbanie o tatusia i meza... marny koniec profesora Kota.

Wierze na slowo, ze te wspomnienia Weintrauba to kopalnia wiedzy... upieram sie, ze obydwaj panowie to niezbyt ciekawe persony.

zaloguj się by móc komentować

betacool @Paris 5 października 2017 23:58
6 października 2017 07:25

Jeśli mamy być precyzyjni, to one nie mogły się nim za bardzo zaopiekować, bo córki umarły wcześniej, a żona w rok po jego udarze.

A co do oceny kręgosłupa moralnego opisanych profesorów, to zapewniam, że się jeszcze kiedyś z nimi spotkamy, w bardzo ciekawych, iście "akademickich" rozgrywkach dotyczących organizacji sesji naukowych o Janie Kochanowskim.

Jeden z nich stanie sie ofiarą złego systemu, albo przynajmniej taką rolę bedzie odgrywał.

A cała opowieść zacznie się od skrawka maszynopisu znalezionego w jednej z kolejnych makulektur nie tkniętych ludzkim wzrokiem (nie porozcinane karty) - ale to jest bardzo sążnista ksiega i musi trochę poczekać.

zaloguj się by móc komentować

Paris @betacool 6 października 2017 07:25
6 października 2017 23:47

Troche zle napisalam...

... po prostu zadzialala "sila wyzsza"... jakis niefart mial w zyciu profesor Kot, bo corki przezyl, a zona zaraz po nim odeszla... zwyczajnie - niezbadane sa wyroki boskie...

... dobrze, ze bedzie Pan pisal o tych "kregoslupach moralnych" - to bardzo wazna - przynajmniej - dla mnie rzecz... tak sie zlozylo, ze bardzo mocno zwracam uwage wlasnie na ten "kregoslup moralny".  On jest podstawa w moim zyciu.

Nie ma sprawy z tym czekaniem... na Pana wpisy warto czekac.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować